Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

To jeden z najgłośniejszych konfliktów w polskim show-biznesie. Teraz poznajemy kulisy

Sławomir Łosowski, założyciel zespołu Kombi, po raz pierwszy opowiedział o konflikcie z Grzegorzem Skawińskim. Tylko u nas możecie przeczytać fragment książki "Kombi. Prawdziwa historia".

Po wydaniu albumu "Nowe narodziny" nastąpiła długa cisza.

Reklama

Sławomir Łosowski: - Na pewno lata 1995-2003 to martwy okres dla mojej twórczości muzycznej, bo w tym czasie nie grałem, nie komponowałem. Mało tego - nawet mniej wtedy rysowałem. Tak minęły te lata - czas stracony także dla fanów KOMBI. Ale to była siła wyższa.

Pod koniec tego okresu kończyło się O.N.A. Nie myślałeś o reaktywacji KOMBI w starym składzie?

Po pierwsze wtedy nic nie wiedziałem jakoby kończyło się O.N.A. Po roku 2000 pojawiały się co jakiś czas pytania do mnie od różnych osób i instytucji, czy KOMBI nie zagrałoby na takim czy innym koncercie. Odmawiałem. Przygotowanie programu tylko na jeden koncert było całkowicie bezsensowne, niezależnie od tego, czy zespół zagrałby w starym składzie, czy w nowym. Jeśli już, to aby praca włożona w przygotowania miała sens, należało zagrać przynajmniej jakąś większą trasę. Ale na razie takich propozycji nie było.

Kiedy miałem już nieco więcej czasu, zacząłem myśleć o reaktywacji KOMBI, ale jeszcze nie wiedziałem, czy robić to z nowymi muzykami, jak zamierzałem w 1992 roku, czy też może liczyć na powrót do zespołu Grzegorza i Waldka. Było wiele niewiadomych. Nie wiedziałem, czy Grzegorz będzie chciał kiedykolwiek wracać do muzyki KOMBI. Wszak odszedł z zespołu, aby grać gitarowego rocka i w niektórych wywiadach po odejściu niezbyt dobrze wyrażał się o kombiowej muzyce. Wyobrażałem więc sobie, że nawet gdyby padło O.N.A., to zrobi on jakiś kolejny tego typu rockowy projekt. Niewiele wiedziałem co zamierza, bo miałem tylko sporadyczny z nim kontakt, gdy przyjeżdżał kwitować tantiemy wykonawcze za sprzedawane przez mnie licencje płyt KOMBI.

Podczas jednej z takich wizyt powiedział mi, że płyta O.N.A., którą właśnie nagrywali, może być już ostatnią tego zespołu. Zapaliło mi się więc światełko. Pomyślałem, że może warto poczekać. Uważałem, że po długiej przerwie najlepszym prezentem dla tysięcy fanów będzie reaktywacja ostatniego składu KOMBI. Ale brałem też pod uwagę taki scenariusz, że jeśli Grzegorz odmówi, to przywrócę mój zespół do życia z nowymi muzykami. Tymczasem O.N.A. nadal grało, a ja nie miałem żadnych informacji, że coś tam się sypie. Póki to im dobrze szło, nie było sensu nikogo o nic pytać.

W 2003 roku dostałem telefon od Elżbiety Skrętkowskiej, która produkowała program telewizyjny "Szansa na sukces". Zapytała, czy KOMBI nie wzięłoby w nim udziału. Odpowiedziałem, że zapytam byłych muzyków czy mają czas i się zgodzą. Uważałem, że zespół powinien pojechać tam w ostatnim składzie sprzed zawieszenia, czyli z Tomkiem na bębnach. Jakież było moje zdziwienie, gdy zadzwoniłem do kogoś z produkcji, aby podać listę osób, które przyjadą i usłyszałem, że lista jest już podana. Czyli ktoś poza moimi plecami coś kombinował. Poprosiłem o jej przeczytanie - na tej liście był Jasiu Pluta, który odszedł z KOMBI w styczniu 1981 roku, dwadzieścia dwa lata temu.

Byłem całkowicie zaskoczony, bo Jasiu, z którym co kilka lat miałem kontakt, nigdy nie wyrażał chęci powrotu do zespołu, a tu nagle pojawiło się jego nazwisko. Oprócz niego w zespole zagrało kilku perkusistów, w tym Jurek Piotrowski, przy którego czynnym udziale odnieśliśmy największe sukcesy. Powiedziałem Tomkowi, że nie pojedzie, bo już podano listę z Plutą i nie będę robił zamieszania, a on machnął ręką i w programie wzięliśmy udział w składzie z 1976 roku. Nie byłoby w tym nic, co warto odnotować, ale w kontekście późniejszych kroków byłych muzyków mojego zespołu to był prawdopodobnie początek ich planu wykorzystania dla siebie mojego dorobku i mojej nazwy KOMBI. Być może ten plan był już wtedy nawet gotowy.

Dowiedziałem się - nie pamiętam, czy bezpośrednio przed wyjazdem, czy wcześniej - że rozwiązują O.N.A. Chciałem podjąć wątek ewentualnego wznowienia działalności KOMBI z ich udziałem i gdy jechaliśmy razem w pociągu relacji Gdańsk-Warszawa, zapytałem Grzegorza, co teraz zamierza. Odpowiedział, że jeszcze nie wie co będzie robił, że to za wcześnie na jakieś poważne decyzje. Uwierzyłem mu i nie wracałem do tematu. Pomyślałem, że reaktywacja KOMBI ich nie interesuje i będą robić coś swojego.

W Warszawie, w studiu telewizyjnym za kulisami pojawił się Jacek Sylwin. Powiedział, że po programie idzie na obiad z chłopakami. Ja musiałem od razu wracać do Gdańska. Po paru dniach Jacek zadzwonił do mnie i powiedział, że "oni robią bez ciebie reaktywację zespołu". "Jak beze mnie reaktywację mojego zespołu?! Jakim prawem?!". Nie wierzyłem, że Grzegorz i Waldek są zdolni do takiego kroku. W ogóle zdziwiłem się, że Grzegorz, który wprost rzygał muzyką KOMBI i chciał zawsze grać gitarowego rocka, chce wracać do tego, czego nie cierpiał, że będzie musiał na każdym koncercie wykonywać moje "Słodkiego, miłego życia" i "Za ciosem cios" - piosenki, w których nie zagrał ani jednej nuty na gitarze...

Nie wiedziałem wtedy, że oni zrobią sprytny numer z dodaniem literki "i" do nazwy. Wobec mnie i ludzi, którzy zarzuciliby im, że zawłaszczyli nazwę, mogli powiedzieć: "My tylko nawiązujemy do KOMBI. Jest dodatkowa literka i, różnimy się". Oczywiście taki ruch miał szanse powodzenia, bo kto poza najwierniejszymi fanami pamiętał jak pisze się nazwę KOMBI. I stawiał mnie w trudnej sytuacji, bo utrudniał mi korzystanie z własnej nazwy KOMBI.

Próbowałem ich powstrzymać. Napisałem do nich list i wykonałem ze dwa-trzy telefony. Jacek chciał chyba też ich od tego odwieść, był wtedy z nimi i ze mną w kontakcie. Przekazał mi, że oni chcą płacić za to, że użyją nazwy KOMBI i będą o tym ze mną rozmawiać. Dziwnie się czułem, że ktoś, kto odbiera mi to, co do mnie należy, markę mojego zespołu, chce negocjować ze mną warunki odszkodowania. Ale ja, jak to ja, zawsze otwarty na dialog, powiedziałem Jackowi, że proszę o szczegóły ich propozycji. Szczegółów nie było, ale otrzymałem propozycję spotkania, na które zgodziłem się przybyć. Jacek zaaranżował nasze spotkanie w Grand Hotelu w Sopocie.

Na tym spotkaniu Grzegorz oznajmił mi, że robią zespół beze mnie. Oczywiście nie wyraziłem na to zgody. Padło więc pytanie, ile chciałbym forsy za wykorzystanie nazwy. Odpowiedziałem, że to oni powinni przedstawić mi swoją propozycję na piśmie, abym mógł przeanalizować całą sprawę i się do niej odnieść. Rozmowy na gębę to domena lewych interesów, a nie sposób na uczciwe dogadanie się. Powiedziałem, że czekam na ich pisemną propozycję i na tym nasze spotkanie się skończyło.

Byłem naiwny - kto na piśmie przedstawi mi propozycję, że zabiera co moje i w zamian coś mi za to odpali? Robili więc swój własny produkt Kombi-podobny. Gdybym przyjął ich ponownie do zespołu, to nie zmieniałbym nazwy na podobną do KOMBI bo i po co. Wiedzieli, że nazwa KOMBI jest moja, więc dodali literkę "i", aby różniła się w możliwie najmniejszy sposób w pisowni, a dla ucha brzmiałaby tak samo. Pamiętam z tego spotkania jedno cyniczne zdanie Grzegorza: "Nazwa Kombi jest nam potrzebna tylko jako wehikuł, którym wjedziemy na rynek".

Kiedy wystąpili w Opolu, wykonując moją piosenkę "Słodkiego, miłego życia", z klawiszowcem, który całkowicie poległ w rozpaczliwej próbie naśladowania moich brzmień i mojej gry, oglądałem to trzymając się za głowę ze wstydu. Zwyczajnie było mi wstyd za takie weselne wykonanie mojej muzyki. Amputowanie z muzyki KOMBI tego, co było jej jądrem, czego byłem twórcą i wykonawcą, okazało się sprowadzeniem jej do poziomu knajpy. Rozdzwoniły się do mnie telefony fanów i ludzi, znajomych i nieznajomych, z pytaniami, o co chodzi, czy ja wyraziłem na to zgodę. Odpowiadałem "oczywiście, że nie". To był rodzaj mistyfikacji: prawie ta sama nazwa, prawie ten sam skład, te same piosenki - ale nie to rozpoznawalne brzmienie, nie te aranże, nie to wykonanie, nie ten styl. A media to kupiły i promowały.

Nikomu nie przeszkadzało, że Kombii zupełnie nie brzmi jak KOMBI, że w warstwie instrumentalnej było to zupełnie coś innego. Kto pamiętał, że muzyka KOMBI bazuje na mojej grze na syntezatorach, na moich brzmieniach, na moich własnych samplach, na bębnach Simmonsa i na wielu innych elementach? Jasne, że można ją grać na dowolnym zestawie instrumentów przez kogokolwiek, tylko czy to jest KOMBI? Ale media wmawiały widzom, że Kombii to ciąg dalszy KOMBI. Aby było jasne, nie wypowiadam się tu o nowych piosenkach tego zespołu tylko o utworach KOMBI, które ten zespół wykonywał na swoich koncertach.

Zawsze miałem dobre zdanie o Grzegorzu i Waldku. Te szesnaście lat, gdy grali w KOMBI, to kawał wspólnej pracy, wspólnych przygód i podróży. Szkoda, że zmarnowali ten kapitał. Pracując u mnie mieli komfortowe warunki. Przychodzili tylko na próby i grali na koncertach. Nie martwili się problemami, które rozwiązywałem z tobą, Jackiem, Mirkiem czy urzędasami, do których pielgrzymowałem. Chciałem, aby mieli z pracy w moim zespole satysfakcję artystyczną i finansową. I niewątpliwie ją mieli.

Doceniałem ich umiejętności i wieloletnią pracę w KOMBI. Rozumiałem też decyzję Grzegorza o odejściu i pójściu swoją drogą artystyczną. Nie spodziewałem się, że po latach mogą wpaść na taki szalony krok wobec mnie. Gdyby nie choroba żony, gdybym nie był zajęty tą rodzinną sytuacją, może mógłbym przystopować wykorzystanie mojej nazwy już na wstępnym etapie... Ale był to trudny czas dla Lusi i nie mogłem wtedy zajmować się sobą.

Czy od tego czasu spotykaliście się, były jakieś rozmowy?

Nie spotkałem nikogo ani razu, przyszli, jak pamiętasz, tylko na pogrzeb mojej żony.

A co na to fani KOMBI?

Wiele tysięcy fanów absolutnie nie akceptowało i nie akceptuje tego, co oni robią. Od 2003 roku wielokrotnie zapychały się moje adresy elektroniczne od ilości maili, które otrzymywałem na przestrzeni tych lat. Niektórzy nie szczędzili epitetów pod adresem Kombii. Nie karmiłem się tymi negatywnymi opiniami, bo nie mam żadnych złych emocji wobec Grzegorza i Waldka. Dzisiaj proszę fanów, prowadzących nasze profile KOMBI, aby od razu kasowali niekulturalne wpisy pod ich adresem.

Ciągle natomiast muszę się za nich tłumaczyć ludziom, oczekującym odpowiedzi na pytania lub nawet na moją reakcję na to, co się stało i co się dzieje. Zacytuję przykładowe pytania: "Dlaczego pan zezwala, aby oni grali pana utwory?", "Dlaczego w Opolu pana piosenkę ‘Słodkiego, miłego życia’ grało Kombii, a nie pana zespół KOMBI?", "Dlaczego klawiszowiec Kombii przegrał intro do ‘Słodkiego, miłego życia’ z pana nagrań i odtwarza je z samplera na ich koncertach jako swoje?", "Skąd Kombii ma nagrany pana głos w utworze ‘Za ciosem cios’?". Co mam na to odpowiadać?...

***

Zobacz więcej materiałów o gwiazdach:

pomponik.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »