Przejdź na stronę główną Interia.pl

To do niej Robert Leszczyński wykonał ostatni telefon. Chwilę przed śmiercią!

Mariola Raczkowska była bliską przyjaciółką Roberta Leszczyńskiego (†48) i to do niej dziennikarz zadzwonił tuż przed śmiercią. Nie odebrała. Dziś nie może sobie tego darować.

Poznali się półtora roku temu na koncercie. Przyjechała z wnuczkami: Zuzią i Mają, dla których stworzyła rodzinę zastępczą. Robert pomagał jej m.in. w zbieraniu pieniędzy na leczenie dziewczynek.

Reklama

- To był człowiek, który rozumiał, co to empatia. Gdy usłyszał, że Zuzia potrzebuje 60 tys. dolarów na operację, powiedział: "Pomogę jej. Damy radę" - wspomina Mariola Raczkowska na łamach "Twojego Imperium".

- Niesamowicie ciepły i pogodny człowiek. Zaprzyjaźniliśmy się. On w Warszawie, ja w Gliwicach z wnuczkami, potrafiliśmy wisieć na telefonie po kilka godzin dziennie - opowiada.

Robert pamiętał o swojej obietnicy. 16 lutego zorganizował dla Zuzi charytatywny koncert w Gliwicach, który sam poprowadził. Wystąpił Czesław Mozil - to wtedy Mariola widziała go po raz ostatni. 

Ostatni telefon

Robert Leszczyński znaleziony został 1 kwietnia w swoim mieszkaniu na warszawskim Mokotowie.

Wstępne wyniki sekcji zwłok wykazały, iż do zgonu doszło na skutek niewydolności wielonarządowej.
Prokuratura bada jednak, czy do śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Tuż przed zgonem, Robert próbował skontaktować się z Mariolą...

- W dniu, w którym zmarł, a właściwie w nocy, dzwonił do mnie. O czwartej rano. Kilka razy. Nie słyszałam telefonu - opowiada Raczkowska.

- Gdy rano zobaczyłam nieodebrane połączenia, uśmiechnęłam się. To było w jego stylu. Pewnie żart. Przecież był pierwszy kwietnia. Ale zaniepokoiłam się, gdy oddzwaniałam, a on nie odbierał. Wkrótce zatelefonował jego przyjaciel. Wiedział, że przyjaźnimy się z Robertem, nie chciał, żebym dowiedziała się z mediów, co się stało...

Choć minęło już kilka dni od śmierci, Raczkowską wciąż dręczą wyrzuty sumienia, że nie odebrała tych telefonów.

- Potrzebował mnie. Nie chciał iść się zbadać. Wiele razy mówił mi, że ma dość imprezowania. Chciał się wyciszyć, zmienić coś w życiu. Twierdził, że już się wyszumiał, przecież dobiega do pięćdziesiątki i czas się ustatkować. Nie lubił swoich słabości.

Wyglądał fatalnie, jak człowiek po ciężkiej chorobie

Przyjaciółka dziennikarza twierdzi, że Robert unikał rozmów o zdrowiu i zawsze ucinał temat. Jej zdaniem nawet gdyby był chory, nie przyznałby się do tego.

- Byliśmy w podobnym wieku i często mu mówiłam, że mamy tyle lat, że czas zadbać o siebie i skoro auto oddajemy co roku do przeglądu, to człowieka tym bardziej. Kusiłam, że znam lekarzy w Gliwicach, załatwię mu pobyt w szpitalu, żeby zrobił badania. Nie słuchał, ale byłam uparta. Aż powiedział, że omówimy to, gdy się zobaczymy. 

Umówili się na 10 kwietnia. Nie zdążyli się już spotkać...

- Tydzień przed śmiercią był u niego mój znajomy. Później powiedział mi, że z trudem go rozpoznał. Robert wyglądał fatalnie, jak człowiek po ciężkiej chorobie, zapadnięty na twarzy, miał suche, popękane usta - mówi Mariola Raczkowska.

I dodaje, że denerwują ją plotki o samobójstwie. Roberta postrzegała bowiem jako człowieka pogodnego i pełnego życia.

- Miał plany. Chciał napisać książkę o tym, jak ludzie mediów postrzegają media. Miał bardzo dobre kontakty ze swą córką Vesną i jej matką Alicją Borkowską.

Mieliśmy pomysł, by we trójkę zrobić jakiś projekt związany z tangiem. Wymyśliliśmy kampanię, w której moja Zuzia miała zwrócić uwagę na sytuację dzieci jeżdżących na wózkach. Robert we wszystkim ochoczo i z poświęceniem uczestniczył. Tak nie zachowuje się samobójca.

Dowiedz się więcej na temat: Robert Leszczyński

Reklama

Reklama

Reklama