Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tadeusz Chudecki był przy żonie do samego końca

To była miłość, o jakiej kręci się filmy wyciskające z oczu łzy. Życie Tadeusza Chudeckiego (60 l.) tak się potoczyło, że zakochał się we Włoszce. A potem zrobiło woltę i bardzo boleśnie go doświadczyło, zabierając ukochaną Luizę. Gdyby nie wiara, nie poradziłby sobie z ogromem cierpienia...

Był aktorem warszawskiego teatru Ateneum, kiedy zobaczył ją na Dworcu Centralnym w Warszawie. Luiza była studentką uniwersytetu w Mediolanie i przyjechała właśnie do Polski. Była w trakcie pisania pracy dyplomowej o kontaktach handlowych z krajami socjalistycznymi.

Reklama

Poznali się, gdy wysiadała z pociągu. Zrobiła na nim duże wrażenie. Jednak wtedy wymienili tylko numery telefonów, bo aktor zakochany był w zupełnie innej dziewczynie. Ale latem pojechał do Włoch na wakacje, zadzwonił do Luizy i zupełnie stracił dla niej głowę.

Na początku urzekł go jej... głos w słuchawce. A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.

- Pamiętam, że od dziecka bardzo podobał mi się język włoski. Ilekroć go słyszałem, przystawałem i zahipnotyzowany oglądałem film. Potem tak potoczyło się moje życie, że zostałem Włochem, choć wydawało się, że dla dziecka z biednej rodziny to marzenie jest nierealne - opowiadał w jednym z wywiadów Tadeusz.

Gdy przyszło zaproszenie z Włoch, nie zastanawiał się nawet chwili. Na początku Luiza zachowywała dystans wobec chłopaka z Polski. Nie była wylewna. Ale on wcale nie zamierzał odpuszczać. - Długo o nią walczyłem jak lew. Aż w końcu stanęło na moim! - wspomina.

Oświadczył się w najbardziej romantycznym miejscu na świecie, w Weronie, mieście Romea i Julii. Ale nie pod słynnym balkonem, tylko na dworcu. On, poliglota, znający 11 języków, miał przy niej problem z wysłowieniem się. - Najzwyczajniej w świecie zapomniałem języka w gębie - opowiadał. - Dlatego Luizę poprosiłem o rękę na... migi!

Po ślubie mieszkali przez 7 lat w Turynie. On grał w teatrze i pracował w telewizji. Nie zanosiło się na to, że wróci do Polski. Ale włoska żona Tadeusza, która pracowała wtedy w fabryce Fiata, została przeniesiona do Warszawy.

Najpierw zamieszkali w małym mieszkanku na Starówce. Potem wybudowali dom pod Puszczą Kampinoską, w niewielkiej wsi Lipków, 25 km od Warszawy. Niebawem na świat przyszedł ich syn Szymon (25 l.). - Kłóciliśmy się, krzycząc po włosku, a godziliśmy po polsku - opowiadał aktor.

Uwielbiali jeździć po świecie, byli zapalonymi podróżnikami. Ich rodzinne szczęście zgasło, kiedy w 2005 roku pani Luiza zachorowała. Długo szukano przyczyny, nim lekarze stwierdzili poważne problemy neurologiczne - zapalenie przysadki mózgowej.

Pani Luiza przestała odczuwać różnicę między dniem a nocą. Nie budziła się przez wiele dni, potem nie spała przez kilka nocy. W ciągu dwóch lat zapadała w długotrwałe śpiączki. Jedynymi gośćmi w ich domu byli lekarze i pielęgniarki. - Krzyczała z bólu i nikt nie potrafił jej pomóc - mówił smutny aktor.

Chora żona aktora wypijała hektolitry wody, bo jej organizm był tak spragniony. Nie jadła, bo nie odczuwała głodu. Czuły małżonek opiekował się nią niestrudzenie przez cały czas. Regularnie robił żonie zastrzyki uśmierzające ból. - Odpowiedzialna miłość to nie są kolorowe kwiatki, ptaszki i trzymanie się za ręce. Prawdziwe i dojrzałe uczucie to przede wszystkim odpowiedzialność za drugą osobę - wyznaje aktor.

W końcu zawiózł żonę do San Giovanni Rotondo, w którym żył i uzdrawiał słynny stygmatyk, święty ojciec Pio. Tam odzyskała przytomność i wróciła do życia. - To był cud! Znów zaczęła zajmować się domem, sadzić kwiaty - cieszył się jak dziecko Tadeusz.

Wydawało się, że ich życie wróci na dawne tory. Pani Luiza odzyskiwała siły, a ból zaczął powoli ustępować. Niestety, po roku nastąpił nawrót choroby. Małżonka aktora z każdym dniem słabła. Zmarła tuż przed Bożym Narodzeniem w 2007 roku, w wieku 45 lat.

Tadeusz cierpiał, ale wiedział, że musi żyć dla syna, dla którego śmierć matki była ogromnym ciosem. Nie obnosił się z bólem. Zagłuszał go pracą. Grał w serialu "M jak miłość", występował w teatrze. Kiedy nie radził sobie z rozpaczą, w środku nocy jechał do kościoła, żeby się pomodlić. To pomogło mu przetrwać najgorsze chwile.

Mimo że 7 lat po jej śmierci aktor ożenił się ponownie, wciąż mówi czule o Luizie. - Śmierci żony, która była wspaniałą, świętą wręcz kobietą, do dzisiaj nie umiem zrozumieć. Ale wiem, że jest w Niebie. Śni mi się w takiej jasności i zawsze jest łagodna. Czuję jej opiekę z góry. Zawsze powtarzam, że mam dwie żony. Jedną w niebie, która jest moim Aniołem Stróżem i drugą, troszczącą się o mnie na ziemi - wyznaje.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:



Dowiedz się więcej na temat: Tadeusz Chudecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje