Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Michał Piela schudł ponad 30 kilogramów! "W pewnym momencie zdiagnozowano u mnie..."

Rzadko udziela wywiadów, mimo że co tydzień ogląda go w „Ojcu Mateuszu” ponad 4 miliony widzów. W tygodniku "Świat i Ludzie" Michał Piela (37 l.) postanowił opowiedzieć, jaki jest naprawdę.

Mało brakowało, a zostałbyś ratownikiem medycznym...

Reklama

- I dzięki Bogu nim nie zostałem. Bo pokładać życie w moich rękach byłoby ryzykowne.

Czyli co, myliły ci się nazwy kroplówek i lekarstw?

- Niestety w szkole zasłynąłem swoją niezdarnością. Na przykład – jeżdżąc w karetce jako praktykant, niechcący złamałem nosze. Zdarzyło mi się także, wychodząc ze szpitala, nie zauważyć szklanych drzwi i w nie wszedłem. Wiadomo, z drzwi nic nie zostało, a ja zalałem się lekko krwią. A już najgorszą sytuacją był mój udział w pewnej operacji, kiedy złamałem krzesło, na którym siedziałem i niechcący wytrąciłem kroplówkę. Mina doktora operującego była bezcenna.

Ale cię nie wyrzucili?

- Nie. Natomiast kiedy odbierałem dyplom, a wiedziałem już, że dostałem się do szkoły aktorskiej, pani dyrektor powiedziała mi, że bardzo się cieszy, że jednak idę w innym kierunku.

Ale gdyby teraz tutaj coś się nagle działo, to umiałbyś udzielić pierwszej pomocy?

- Takiej całkowicie pierwszej.

Zastrzyk w ramię?

- Jak najbardziej, ale do żyły już bym się bał. Teraz za to, jak wchodzę do ośrodka zdrowia czy szpitala, to ten teren nie jest mi jednak tak zupełnie obcy.

Miłość do aktorstwa przyszła u ciebie nagle?

Od dziecka o tym marzyłem. Wychowywałem się w Katowicach i tam chodziłem do szkoły podstawowej oraz liceum. Zawsze uczestniczyłem w życiu kulturalnym, recytowałem wiersze na różnych akademiach szkolnych. A już jako nastolatek byłem w młodzieżowym teatrze, który prowadził aktor Jerzy Jan Połoński. Ale kiedy kończyłem liceum, nie byłem przygotowany, aby startować na aktorstwo, więc wymyśliłem sobie to studium medyczne, tak na przeczekanie, żeby uchronić się przed wojskiem.

A nikt nie pukał się w czoło, widząc, że jesteś taki duży, a na aktora chcesz iść…

- Nie. I wiesz co? Nigdy nie miałem problemu z tym, że jestem „większy” niż inni. W szkole wszyscy mnie lubili, bo byłem duszą towarzystwa, chętny na dowcipy. Koledzy wołali do mnie Misiek. Kiedyś, po mszy w kościele, podszedł do mnie trener kulomiotów i powiedział, że „na oko”, mam talent do tego sportu. Miałem z 15 lat. Przez kilka lat trenowałem więc pchnięcie kulą, z małymi sukcesami. Marzyłem nawet, by wystąpić na igrzyskach w Sydney. Ale wchodząc w wiek dorosły stwierdziłem, że wybieram imprezy, a nie ciężkie treningi (śmiech). Za to dziś wiele osób myli mnie z naszymi polskimi lekkoatletami. Kiedyś wieczorem spaceruję z psem, a dwaj panowie wołają do mnie: Majewski, dziękujemy bardzo za złoto.

A jak było z dziewczynami?

- Raczej należałem do nieśmiałych chłopaków, ale jak już spodobała mi się jakaś dziewczyna, nie miałem problemu, żeby zaprosić ją do kina. Tak że taki samotny w młodości nie byłem.

W twojej rodzinie była jakaś aktorska tradycja?

- Nie i sam się zastanawiałem kiedyś, po kim odziedziczyłem te zdolności. Może po dziadku odstrony ojca, który był urodzonym komikiem. Świetnie tworzył dowcip, zresztą czasem bolesny dla otoczenia, bo dość ironiczny.

Słyszałam, że na studiach aktorskich parę razy ratował cię Jan Englert...

- Warszawska aktorska szkoła jest bardzo specyficzna. Jak studia zaczynały 22 osoby, to wiadomo było, że wszyscy ich nie skończą, że jedynie połowa dotrwa do końca. Na pierwszym roku byłem w tzw. grupie do odstrzału. Jan Englert zawsze apelował, by dać mi jednak szansę.

Dziś ci „niewierzący” w ciebie powinni publicznie przyznać się do błędu.

- Nie wiem, ale to, że jestem aktywnym aktorem odbieram jako osobisty sukces. I nie tylko dlatego, że udało mi się stworzyć dość charakterystyczną postać, jaką jest Nocul z „Ojca Mateusza”, dzięki której zdobyłem popularność. Od wielu lat z gram w warszawskich teatrach, jeżdżę ze sztukami po kraju. Niedługo ruszamy w trasę ze spektaklem „Zdrówko”.

A dlaczego w pewnym momencie schudłeś aż 30 kg?

- No cóż, w pewnym momencie zdiagnozowano u mnie cukrzycę. Nie było wyjścia i musiałem zmienić nawyki żywieniowe. Gotowanie zostawiłem małżonce, bo jestem smakoszem kuchni śląskiej, a ta jest dość kaloryczna. Moja żona świetnie sobie poradziła, przystosowała się do mnie, co na pewno bardzo mi pomogło w samodyscyplinie. Choroba nie jest zaawansowana, ale jednak gdzieś tam z tyłu głowy wiesz, że musisz się pilnować, dbać o zdrowie.

Ukrywasz swoją żonę przed mediami. Zresztą i ty rzadko bywasz na salonach.

- Od początku starałem się chronić swoje życie prywatne, zresztą jestem tak zapracowany, że nie bardzo znalazłbym czas na te wszystkie imprezy. Moja żona zaś, z którą jestem od 14 lat, jest pracownikiem naukowym, robi doktorat z filologii polskiej.

A masz coś z serialowego Nocula?

- Na pewno jestem trochę bystrzejszy niż mój bohater, bo przez tyle lat nie nauczyć się grać w szachy i ciągle przegrywać, to już naprawdę trzeba być lekko nierozgarniętym... Łączy nas za to dobroduszność. Szczerze powiedziawszy, bardzo lubię tę postać, bardzo lubię ekipę z którą pracuję i mam nadzieję, że jeszcze trochę w tym serialu zostanę. 

Rozmawiała: Aleksandra Jarosz

Dowiedz się więcej na temat: Michał Piela

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje