Reklama

Reklama

Reklama

Krzysztof Ibisz poprowadzi Sylwestrową Moc Przebojów. Wyjawił, co działo się na poprzednich imprezach

Sylwestrowa Moc Przebojów na Stadionie Śląskim zbliża się wielkimi krokami. Jednym z prowadzących Sylwestra Szczęścia w Polsacie będzie Krzysztof Ibisz, który ma spore doświadczenie w tym temacie. Jak wspomina poprzednie imprezy sylwestrowe? Prezenter w rozmowie z nami opowiedział także o sytuacji, która miała miejsce za czasów jego pracy w telewizji publicznej, zdradzając dlaczego ówczesna dyrektor programowa chciała go zwolnić. Wyjawił także swój najtrudniejszy moment podczas prowadzenia imprez. Było o krok od tragedii!

Pamiętasz pierwszego sylwestra, jakiego prowadziłeś?

Pierwsze Sylwestry Polsatu odbywały się w Krakowie. Wtedy jeszcze zimy były bardzo srogie i temperatura dochodziła do minus 20 stopni. To było bardzo wyczerpujące - godziny prób w dniu Sylwestra i dzień wcześniej, potem cała noc. Transmisje trwały do drugiej, do hotelu wracaliśmy o czwartej nad ranem i potrzebna była jeszcze jedna noc, żeby odespać to wszystko i wyruszyć autem do domu. Zwłaszcza ten potworny ziąb dawał nam się we znaki.

Trzeba się było jakoś specjalnie ubrać? Włożyć kalesony?

Reklama

Z tymi kalesonami to była niezła historia. Przed którymś z sylwestrów przechodzę koło kiosku w hotelu, patrzę, a tam okładka Faktu z wielkim tytułem: "Ibisz założy elektryczne kalesony". Do tego rysunek - moja postać ubrana w kalesony, wokół nich druty jak grzałka i na końcu wtyczka. Redaktorzy Faktu wymyślili sobie, że będę miał grzałki jak w poduszce elektrycznej, podłączę się do prądu i będę się nagrzewał. Bardzo mnie to rozśmieszyło.

A jak było naprawdę?

Naprawdę nie lubię bielizny termicznej bo się elektryzuje i przyczepia do spodni. To wygląda śmiesznie i nienaturalnie. Ja jej nie używam, ale wiem, że każdy zabezpiecza się jak może. Niektórzy stosują wkładki do butów, które ich ogrzewają. Kiedy jestem w lakierkach, to najzimniej jest właśnie w stopy. Ale tak naprawdę nie chodzi o to, czy jest zimno. Jednym z sukcesów naszych sylwestrów jest to, że jesteśmy tam dla ludzi i chcemy być blisko naszych widzów. Nie chodzimy okutani, w płaszczach, rękawiczkach, czapkach, szalikach, jak to bywa w innych stacjach. Idziemy w garniturach, dziewczyny są ubrane mega sexi i wychodzimy jak na wspaniałą imprezę, a nie jak ekipa eksploratorów Arktyki. Bo to jest wspaniała impreza i też również dlatego mówi się, że Polsat ma nosa do wielkich koncertów. 

To na pewno zasługa stacji, ale teraz mówimy o Tobie. A Ty dziś jesteś królem konferansjerów w Polsce. Od kogo się uczyłeś, skąd czerpałeś inspiracje?

Trudno powiedzieć. Jako dziecko oglądałem wielkie gale, które prowadzili Lucjan Kydryński, Irena Dziedzic, Jan Suzin  a później Krzysztof Materna czy Grażyna Torbicka. Potem, kiedy pierwszy raz spotkałem na telewizyjnym korytarzu Jana Suzina, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Ale wtedy telewizja była zupełnie inna. Ostatnio ktoś mi wysłał na Facebooku moją zapowiedź z 1992 roku z telewizji publicznej. Siedzę elegancko, mówię, co nas jeszcze czeka w wieczornym programie, opowiadam coś o filmie. To było takie statyczne, eleganckie, jakbyśmy przyszli do kogoś z oficjalną wizytą. I było super, ale czułem, że to studio mi doskwiera, ma zbyt sztywne ramy. Ja byłem osobą dynamiczną, która wprowadzała dużo ruchu. Wtedy to było nietypowe, więc kiedyś wezwała mnie ówczesna dyrektor anteny i powiedziała: "Krzysztof, ty jesteś za energiczny! Nie wiem, chyba będziemy musieli się rozstać". W dzisiejszych czasach nie wyobrażam takich prezenterów zasiedziałych i spokojnych, bez emocji. To co było bardzo dobre wtedy, dziś nie spotkałoby się ze zrozumieniem.

Po prostu wtedy musiałeś być starszy. Teraz możesz być młodzieżą.

Tak, mogę być młodszy (śmiech). Mogę być sobą.

Jesteś dziennikarzem, prezenterem ale miałeś być aktorem. Skończyłeś szkołę aktorską.

Nie chciałem być aktorem, tylko reżyserem. Poszedłem na wydział aktorski po to, żeby na własnej skórze poznać procesy, jakie zachodzą w aktorze, kiedy gra i by móc potem lepiej pracować z aktorami. Do telewizji trafiłem z myślą o tym, żeby realizować programy. Na początku jeździłem z kamerą, robiłem reportaże. Nadal uważam, że telewizja to jest genialne medium.

Pamiętasz swój najtrudniejszy występ w ciągu całej kariery?

Było wiele takich momentów. Kiedyś podczas koncertu na żywo pojawił się płomień na dachu nad nami. Doszło do zwarcia, zaczęły lecieć iskry. Staliśmy na scenie i trzeba było podjąć decyzję: przerwać transmisję, czy kontynuować? Na szczęście szybko nasi technicy ugasili ogień, nic się nikomu nie stało, ale to był naprawdę trudny moment, bo nie wiadomo było co robić.

I co robiłeś?

Robiłem swoje (śmiech). Prowadziliśmy program, bo nie było sygnału, żeby go kończyć.

Pamiętam też, jak podczas jednego z Sylwestrów w Polsacie, śpiewaczka Alicja Węgorzewska wpadła do toru kamerowego na scenie. To było w Warszawie na placu Konstytucji. Śpiewała "Time to say goodbye". W jednej ręce trzymała mikrofon, w drugiej szampana i nagle zniknęła. Szła w stronę publiczności, cała w emocji występu - a mieliśmy wtedy sto tysięcy ludzi na placu. Oślepiły ją światła i spadła na dół, ale jest taką profesjonalistką, że nie przerwała śpiewu. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje - śpiewaczka zniknęła ale głos słychać nadal! Podbiegliśmy z Maćkiem Dowborem i wyciągnęliśmy ją za ramiona. A ona cały czas śpiewała. Coś niesamowitego. To jest program na żywo, różne rzeczy mogą się zdarzyć i się zdarzają. Widz oczywiście kocha wpadki, gdy coś nie dzieje tak, jak miało się dziać. Ale zawsze powtarzam, że prowadzący jest jak polisa auto casco na program i z każdej sytuacji powinien wybrnąć tak, żeby ten statek zwany koncertem, mimo burz, bezpiecznie dopłynął do portu. Taka jest rola prowadzących.

To musi być wielki stres. Nie czujesz tego? 

Wiesz, zawsze mówię, że Bóg sprzyja przygotowanym (śmiech). Prowadzę wykłady z Wystąpień Publicznych i wiem, jak bardzo mówcy boja się pytań. Bywa, że specjalnie przedłużają swoje wystąpienia, żeby nie było czasu na pytania. Zawsze radzę: "Wymyśl sobie 10 najtrudniejszych pytań, które wyobrażasz sobie, że ludzie zadadzą po twoim wystąpieniu i się do nich przygotuj. Zapewniam cię, ze osiem pytań, które w rzeczywistości padną będzie z twojej listy". To się odnosi też do prowadzenia programów na żywo. Skup się i przemyśl, co się może wydarzyć. Ja właściwie po tylu latach już wiem, co się może wydarzyć i rzadko wydarza się coś spoza mojej listy. 

Rozumiem, doceniam, podziwiam. Ale przecież jest coś takiego jak emocje. Podobno są ludzie, którzy nie mają tremy. Należysz do nich?

To się zaczyna jeszcze w przedszkolu. Kiedyś w zakładach pracy, w szkołach, odbywały się akademie z różnych okazji, na przykład na Mikołaja. Jak myślisz - kto się pierwszy zgłaszał, kiedy trzeba było powiedzieć wierszyk, zaśpiewać piosenkę czy zagrać na cymbałkach?. Oczywiście ja. Są ludzie, którzy lubią występować, dla których to się wiąże z jakimś rodzajem przyjemności. A są tacy, których wołami nie zaciągniesz na scenę.

Czyli lubisz to?

No bardzo!

Gdybyś nie prowadził imprezy, jaki byłby twój Sylwester Szczęścia?

Nie wiem, bo ja bardzo lubię pracować w Sylwestra, lubię to wspólne z widzami wejście w Nowy Rok. 

A kiedy gasną światła, kończy się impreza idziesz się dalej bawić czy raczej spać?

Te opowieści o dobrej zabawie po transmisji to są legendy, przynajmniej u mnie. Po dwóch dniach prób i koncercie na żywo, kiedy się kończy Sylwester, marzę, żeby wrócić do hotelu, może coś poczytać albo pooglądać powtórki koncertów na Polsacie. Na ogół mamy wtedy sopocki koncert albo inne wydarzenia...

Czyli po tym jak skończysz robić telewizję, oglądasz telewizję?

Oglądam, żeby się zrelaksować. Jeżeli prowadzę ogromny koncert, jak ten Sylwestrowy, trudno jest wrócić do hotelu i po prostu zasnąć. W poprzednich latach, kiedy jeździłem na koncerty z moim psem Nicponiem, robiliśmy sobie po koncercie godzinny spacer w centrum Katowic. 

Jakoś się trzeba wyciszyć po tych emocjach.

Wielkich emocjach! Ja na przykład zawsze odpowiadam za północ.

...???

To znaczy, za wyliczenie północy. To nie jest takie proste, bo nigdy nie wiesz, o której dokładnie artysta skończy występ. Może zechce coś powiedzieć do publiczności, zanim zacznie śpiewać? Trzeba tego pilnować, bo w Sylwestra nie ma nic ważniejszego niż północ o północy. W konkurencyjnej stacji pewna bardzo znana wokalistka miała występ tuż przed dwunastą. Ale bardzo długo mówiła do publiczności i skończyła cztery minuty po północy. Po czym wyszli prowadzący, ktoś tam jeszcze złożył życzenia, ktoś coś powiedział od stacji, ktoś od miasta i zaczęło się odliczanie. I było tak: "Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Szczęśliwego Nowego Roku! Kochani, sześć minut temu rozpoczęliśmy Nowy Rok!". W Polsacie północ jest zawsze o północy!

Zobacz też:

Wyjątkowy materiał  "Sylwestrowa Moc Przebojów. Rozgrzewka" ruszy o godzinie 19:00 w Polsat Go.

Akcent gwiazdą "Sylwestra Szczęścia". Kto jeszcze wystąpi?

Specjalne wydanie "Wydarzeń" ze stadionu Śląskiego!

Halejcio pokazała urocze zdjęcie córki

pomponik.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »