Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jerzy Gruza: Za tym najbardziej tęskni

Przez wiele lat zapracował sobie na łatkę żartownisia, choć dziś jego refleksje na temat życia i otaczającej go rzeczywistości są przerażająco smutne...

Wrzesień 2017 r., trwa uroczystość zakończenia 42. Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Zgromadzona w Teatrze Muzycznym publiczność raz po raz wybucha salwami śmiechu. To Jerzy Gruza (86 l.) bawi ją do łez, odbierając z rąk Jacka Bromskiego, prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Platynowe Lwy za całokształt twórczości.

Reklama

- Dzisiaj zdobycie nagrody nie jest takie skomplikowane. Miarą sukcesu jest to, kto ją wręcza - przekonuje. - Ogromnie się cieszę, że nagrodę wręczył mi kolega Bromski, z którym spędziłem wiele lat, miałem wiele różnych przygód, spotkań towarzyskich, zawodowych. Doszło do tego, że trzymałem do chrztu jego pierwszą żonę - żartuje. Widzowie płaczą ze śmiechu i biją brawo.

Urodził się w 1932 r. w Warszawie. Studiował reżyserię w łódzkiej Filmówce. Jego ojciec był optykiem i pracował w Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie zajmował się obiektywami i reperował stare niemieckie kamery, dając im drugie życie. Ale to nie on sprawił, że Jerzy pokochał kino. Sam zainteresowany przekornie twierdzi, że to był najzwyklejszy przypadek.

- Któregoś razu spotkałem na ulicy kolegę - operatora Jurka Wójcika. Zapytał: "Co robisz?" A ja, że właściwie to nic. Na co on: "To zdawaj do szkoły filmowej" - wyznał w jednym z wywiadów. Jego rodzice nie byli zachwyceni wyborem syna. - Mieli bardzo negatywne nastawienie do środowiska filmowego. Bo kto to jest - reżyser? Nikt - opowiada Gruza.

Jurek dopiął swego, jednak o mały włos w ogóle nie ukończyłby studiów. To były lata pięćdziesiąte - siermiężny komunizm dawał się we znaki. Do Gruzy przylgnęła groźna opinia bikiniarza. - Co tydzień mnie wyrzucali. Jednak mało skutecznie. Wiele osób mnie broniło. Przede wszystkim prof. Jerzy Toeplitz, rektor uczelni - zdradza. Mimo trudności, studia ukończył w terminie. Ale bez tytułu magistra - dyplomu nie obronił. Uczynił to dopiero znacznie później, już jako dojrzały człowiek.

Jego relacje z bliskimi były czysto umowne i wątłe. Być może dlatego Gruza miał trudności z założeniem i utrzymaniem własnej rodziny. Ciągnęła się za nim opinia niepoprawnego kobieciarza. Ba! Do historii przeszła anegdotka, że to właśnie on dotykał pierwszych w Polsce sztucznych piersi - Violetty Villas. - Owszem, często oglądałem się za kobietami. Zresztą zwykle po moim spojrzeniu potykały się. Przeżyłem to wielokrotnie, ale nie chcę wyjść na starego samochwałę. Dla równowagi mogę stwierdzić, że z biegiem czasu przestały się potykać - żartuje reżyser.

Uważa jednak, że żadnej z nich nie skrzywdził, a wręcz przeciwnie - to one go unieszczęśliwiały. - Bardzo przeżywałem każde odejście. Ja się przywiązywałem do kobiet - mówi. Choć nie przepuszczał okazji, to zarzeka się, że nie podrywał nigdy "na pracę, na telewizję" i rzadko romansował z aktorkami. Jednak, co ciekawe, najważniejszą ze swoich kobiet - żonę Grażynę Lisiewską - Gruza uczynił właśnie... aktorką.

Filigranowa blondynka, młodsza od reżysera o ponad dwadzieścia lat, od razu wpadła mu w oko. Pracowali razem w połowie lat 70. na planie serialu "Czterdziestolatek" - ona grała tam laborantkę Mariolę, on stał po drugiej stronie kamery. Po zakończeniu zdjęć pobrali się, a w 1977 r. na świecie pojawił się ich syn Paweł. Miłość do męża i syna musiała Grażynie wystarczyć, bowiem po sukcesie "Czterdziestolatka" już nikt nie chciał jej zaangażować do filmu. Pogodziła się jednak z rolą "żony swojego męża" i postawiła na życie rodzinne.

Razem wyjechali w latach osiemdziesiątych na Wybrzeże, gdzie Jerzy został dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni. Niestety, w ich związku coś się popsuło i zabrakło chęci, by go uratować. Dziś małżonkowie mieszkają osobno, od dawna przeżywają kryzys - tworzą parę tylko na papierze. - Nie rozstaliśmy się, życiowe sprawy nas rozdzieliły. Nie jest to sprawa rozwodowa, tylko sprawa odległościowa. Ona nie chce się przeprowadzić do Warszawy, a ja na Wybrzeże. Ale o rozwodzie nie ma mowy - wyznał kilka lat temu Gruza.

Tymczasem od wielu lat w życiu Jerzego obecna jest inna kobieta - aktorka Tatiana Sosna-Sarno (63 l.). Nie unikają wspólnych publicznych wyjść. - Znamy się kilkadziesiąt lat. Tak, jesteśmy parą, towarzyską. Chodzimy razem na premiery, na spektakle, wspieramy się, trzeba w tych trudnych czasach. Nie mieszkamy razem, choć jesteśmy sąsiadami - wyjaśnia Tatiana. A połączyły ich zawodowe ambicje i wspólne interesy. W pizzerii, której właścicielką była Sosna-Sarno, Gruza kręcił serial "Czterdziestolatek - dwadzieścia lat później". Potem razem prowadzili muzyczny klub "Scena" w centrum Warszawy.

- Jurek nie ma bliskich więzi ani z synem, ani z wnukiem. Tatiana jest więc dla niego wielką pomocą. Dzięki niej nie czuje się taki samotny na starość - zdradza jego przyjaciel. - Ona go nie tylko mobilizuje do działania, ale dba o jego coraz słabsze zdrowie. Przy niej czuje się bezpiecznie - dodaje.

Reżyser od ponad dwudziestu lat zmaga się z chorobą serca. W 1994 r. zasłabł na lotnisku w Warszawie i trafił do kliniki kardiologii, gdzie przeszedł operację wszczepienia by-passów. - Zapracowałem na nie na festiwalach w Sopocie - opowiada Gruza, który wielokrotnie reżyserował tamto widowisko. Nie ukrywa, że w ostatnich latach kilka razy trafił na oddział intensywnej opieki medycznej.

- Tam przeżywam uderzenie bólu, cierpienia innych ludzi, wychodzę stamtąd i wydaje mi się, że dotknąłem piekła. I że to wszystko, co nas otacza, jest nic niewarte - przyznaje dramatycznie artysta. - Strach przed śmiercią to jest strach przed niedomknięciem wszystkich spraw. Papiery, dokumenty, projekty - trzeba powoli porządkować. Boję się, że nie zdążę - dodaje.

Od wielu lat już nie reżyseruje, tylko pisze, planuje kolejne książki. Nie poddaje się upływowi czasu za wszelką cenę. - Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest konieczność wynalezienia sobie przyjemności, dla której się żyje - żali się. - Kiedyś było łatwiej: wódka, przyjaciele, dalekie wyjazdy. Dzisiaj niewiele cieszy. Uciekam w pisanie notatek z życia. To jest moje odreagowanie świata - podsumowuje.

W kwietniu Gruza skończył osiemdziesiąt sześć lat. - Tęsknię za tym, żeby zobaczyć kawałek nieba. Słońce. Drzewa. Tylko cywilizacja już mnie tak nie pasjonuje. Tęsknię za czymś interesującym, co mogłoby mnie jeszcze zaskoczyć - mówi.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Gruza

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje