Przejdź na stronę główną Interia.pl

Filip Łobodziński przeżył olbrzymią tragedię! "Do dziś chce się wyć"

Filip Łobodziński (59 l.) trzy lata temu stracił ukochaną córkę. 21-letnia wówczas Marysia Łobodzińska przegrała walkę z chorobą nowotworową...

Śmierć dziecka to dla każdego rodzica niewyobrażalna tragedia. Doświadczył tego m.in. dziennikarz Filip Łobodziński.

Reklama

Przyszło mu się zmierzyć z wielkim dramatem. U jego córki Marysi lekarze wykryli bowiem w jej głowie glejaka. 

Walka z chorobą trwała kilka lat. Niestety, 1 października 2015 roku 21-latka tę walkę przegrała. 

Jej ojciec pogrążył się w rozpaczy i bardzo długo nie był w stanie sobie z tym poradzić. Dopiero po trzech latach zdecydował się przerwać milczenie. W wywiadzie dla dziennika.pl opowiedział o tym, jak choroba córki zmieniła jego życie.

Dziennikarz przyznaje, że do dzisiaj nie pogodził się z jej odejściem i tego nie rozumie. 

"W kategorii całego świata – nie rozumiem cierpienia, które do niczego nie prowadzi. Gdyby Bóg rzeczywiście musiał zabrać młodą osobę, to mógł to zrobić w sposób nagły, poprzez wypadek na przykład. A nie kosztem kilkuletniego cierpienia. To jest niegodziwe" - wyznaje w rozmowie z portalem dziennik.pl.

Łobodziński zdradził, że zaraz po śmierci córki rzucił się w wir pracy, byle tylko nie myśleć o tym, co się stało. Początkowo się udawało, ale nie na długo.

Były dziennikarz twierdzi, że łatwiej byłoby mu znieść nagłą śmierć dziecka, bo nie ma nic gorszego niż kilkuletnie przygotowywanie się na najgorsze...

"Czym innym jest nagła śmierć, a czym innym odchodzenie na nowotwór. Od pewnego momentu człowiek już wie, jaki jest koniec. I stara się tylko o to, żeby wszyscy przeszli przez to godnie, z bólem, ale w stanie jakiejś głębszej duchowości. Tego wszystkiego nie da się oswoić. Ale trzeba robić, co się da. Mnie się wyć chce do dziś, codziennie. 

Przecież dopiero co, 1 października była trzecia rocznica śmierci Marysi. Ale zdaję sobie sprawę, że choćby nie wiem, jak zaklinać świat, to słońce wzejdzie, to po ziemniaki trzeba pójść. Wielu ludzi już odchodziło i ich bliscy musieli dalej żyć. Nie jestem więc wyjątkowy" - mówi Filip.

Mężczyzna wyznał także, że jego córka doskonale wiedziała, co jej się przytrafiło i jaki najprawdopodobniej będzie finał. 

"I umówmy się, jak się ma 20 lat, to się ma Internet i się wie, co to za choroba, jakie są rokowania przy glejaku. Marysia wiedziała. I znosiła to z wielką godnością. Bo przecież była zrozpaczona w stopniu niewyobrażalnym" - zaznaczył.

***


Dowiedz się więcej na temat: Filip Łobodziński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje