Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Farna o wypadku: Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam zakrwawione nogi

Ewa Farna po wypadku, który wydarzył się 22 maja, w środę wieczorem wyszła ze szpitala i przebywa obecnie w rodzinnym domu w Wędryni na Zaolziu.

Przypomnijmy: 18-latka w poniedziałek, po zdaniu egzaminu dojrzałości, wraz z szóstką przyjaciół do późna świętowała w jednym z cieszyńskich klubów. O 6.00 rano postanowiła wrócić do domu. W okolicach Trzyńca straciła panowanie nad kierownicą i dachowała.

Reklama

Badanie alkomatem wykazało u niej około jednego promila alkoholu. Ona sama podkreśla w rozmowie z czeskim portalem iDnes.cz, że przynajmniej siedem godzin przed samym wypadkiem nie piła - od 23.00. Była jednak bardzo zmęczona.

"Dzień wcześniej pomyślnie zdałam maturę. Wcześniej trzy noce nie spałam, ciągnęłam na napojach energetycznych i kawie, ale stwierdziłam, że po sześciu, siedmiu godzinach jestem w stanie jechać. Czułam tylko zmęczenie. Teraz żałuję. To był błąd" - mówi.

"Jechałam sama, z nikim nie rozmawiałam. Na prostej drodze po prostu zamknęłam oczy i zasnęłam. (...) Obudziło mnie trzęsienie prawych kół. Chciałam skręcić z powrotem na drogę, ale było już za późno - jechałam prosto na drzewo. Uświadomiłam sobie, że grozi mi zderzenie czołowe, więc odbiłam kierownicą w drugą stronę. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam zakrwawione nogi. Krew była również na głowie. Bałam się, że przez wyciek paliwa może dojść do eksplozji. (...) Później zobaczyłam panią, która wezwała pogotowie. Przyjechali znajomi rodziców, którzy zawiadomili mojego tatę. (...) Gdy zobaczyłam, w jakim stanie jest samochód, dopadła mnie panika. Sprawdzałam, czy mam ręce i nogi. Nie mogłam uwierzyć, że wysiadłam z samochodu o własnych siłach" - opowiada.

Na miejscu wypadku pierwszy zjawił się ojciec wokalistki. Mama pojawiła się dopiero w szpitalu. Wszyscy dziękują Bogu, że Ewa żyje. "Mój tata ma wkrótce urodziny i powiedział mi, że fakt, iż ocalałam, jest dla niego najlepszym prezentem" - śmieje się Farna.

Fizycznie czuje się dobrze, gorzej psychicznie. "Mój samochód jest do kasacji. Jedyną pamiątką po nim są drzazgi z drzewa we włosach i odłamki szła (szklany dach spadł jej na głowę)".

Wokalistka straci prawo jazdy i dostanie mandat. "Nadal jestem w szoku. Patrząc na mój zmiażdżony samochód, można powiedzieć, że był to cud".

Ewa obiecuje, że... będzie spać więcej i niebawem wróci do koncertowania. Podkreśla, że zrozumiała "kruchość życia". "Gdybym nie miała tak dobrego samochodu, skończyłabym jeszcze gorzej".


Dowiedz się więcej na temat: Ewa Farna | wypadek | alkohol

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje