Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dariusz Kordek: Żona stawia mnie do pionu

Wiele osób wciąż pamięta go z kultowego serialu "W labiryncie". Od tamtego czasu minęło prawie 30 lat. Dariusz Kordek (53 l.) założył rodzinę, jest jurorem w programie Polsatu "Śpiewajmy razem. All Together Now". W wywiadzie dla tygodnika "Świat&Ludzie" wspomina dawne czasy, m.in. bliską znajomość z Edytą Górniak.

Jest pan dżentelmenem?

Reklama

Dariusz Kordek: - Staram się promować ten sposób zachowania. I tę upadającą umiejętność.

To wyniesione z domu?

- Pewnych podstaw takiego zachowania nauczyłem się w domu. Ale wiele nauczyłem się też na studiach i jeszcze później, w teatrze.

Był pan taki poprawny już jako dziecko, nastolatek?

- Nie byłem specjalnie wyjątkowy. Przechodziłem standardowe okresy buntu, prymusem nie byłem. Byłem normalnym nastolatkiem, który dojrzewał na przełomie poprzedniego i obecnego ustroju.

Pytam nieprzypadkowo. Edyta Górniak powiedziała kiedyś, że był pan jedynym mężczyzną, który po rozstaniu nie zostawił w jej życiu zgliszczy.

- Myślę, że to dla mnie dobra recenzja.

Wasze drogi gdzieś jeszcze się przecięły? Mijacie się czasem?

- Bardzo rzadko mijamy się na koncertach. Nie mamy kontaktu, operujemy w innych przestrzeniach.

Pozostała jakaś nutka sentymentu, wspomnienia?

- Nie... Inaczej na to patrzę. To był szalony czas musicalu "Metro", kuźni talentów i charakterów. Szczęśliwie brałem w tym udział, przeszedłem twardą szkołę musicalu. Fajnie, że to wszystko się wydarzyło. Mam dobre wspomnienia z tego czasu. Zresztą nie tylko ja, o czym świadczy zdanie Edyty.

Teraz jest pan jurorem. Ma pan uczucie powrotu do przeszłości? Coś z młodych lat w "Metrze"?

- To dwa różne światy. Minęło prawie 30 lat. Wtedy rzeczywistość, teatr, show-biznes - wszystko wyglądało inaczej. W tamtych czasach ja byłem często "przesłuchiwany", a dziś, po drugiej stronie, wczuwam się w emocje uczestników, bo wiem dobrze, jak to jest stanąć przed jakimkolwiek jury. Staram się dawać im wsparcie i konkretną radę, co mogą zrobić z tym śpiewaniem.

Zanim został pan aktorem, skończył pan stołeczne liceum im. Tadeusza Reytana?

- Dokładnie klasę matematyczno-fizyczną.

Proszę mi to wytłumaczyć: aktor po naukach ścisłych?

- Sam tego do końca nie rozumiem...

Ale może...

- No dobrze. W moim środowisku: rodzinie, w podstawówce, na podwórku, zawsze najważniejsze było to, żeby dobrze się wykształcić. Oczywiste było, że trzeba iść do dobrego liceum, a potem na dobre studia. "Reytana", liceum matematyczne, wybrałem może pod wpływem sugestii rodziców. I fajnie, bo to daje jakąś życiową bazę. Dobrze jest znać matematykę. Po prostu. Ale już na początku liceum poczułem, że matematyka i fizyka to nie jest do końca moja bajka. Dlatego po ukończeniu go, złożyłem dokumenty, równolegle, na SGH i PWST. Egzamin do szkoły teatralnej był pierwszy, dostałem się, więc wygrała opcja aktorska.

Gdyby nie to byłby pan dziś ekonomistą, bankowcem...

- Trudno powiedzieć. Aczkolwiek ta wiedza matematyczna, logiczna, bardzo przydała się potem, zaprocentowała w moim życiu. Wykorzystuję ją przy swoich działaniach produkcyjnych. Pomaga mi w organizacji pracy i życia rodziny.

Właśnie, zawód aktora nie jest stabilny. Miał pan kilka lat przerwy, zajmował się zupełnie innymi rzeczami.

- To była taka przerwa-nieprzerwa. Bo wciąż miałem prace aktorskie, ale rzeczywiście, było ich mniej. Pracowałem w kilku miejscach: dla amerykańskiego koncernu finansowego, dla polskiej firmy marketingowej, a także dla telewizji satelitarnej. Byłem też ambasadorem marki energetycznej. Zresztą ta dwoistość biznesowo-aktorska cały czas w moim życiu istnieje. Przeplata się. Jedno napędza drugie.

Ma pan dwójkę dzieci. Maks ma 9 lat, Marysia - 5. Gdyby miał im pan kiedyś doradzać, polecałby czy odradzał aktorstwo?

- W naturalnym odruchu rodzica mam dla nich intuicyjny "zakaz". Chciałbym, żeby miały dobre, ustabilizowane życie i konkretny zawód. Ale to one same będą realizowały swoje marzenia i pasje. A niestety-stety już widzę, że mają predyspozycje ruchowe, bardzo dobry słuch, śpiewają...


Pańska żona, Eliza, też pracuje?

- Tak, wróciła do pracy w branży handlowej dwa lata temu.

Ktoś pomaga?

- Przez te 9 lat jedynie okazjonalnie korzystaliśmy z usług niani. Dzielimy się obowiązkami, bardzo pomagają nam rodzice Elizy. Dzięki temu mamy dobry kontakt z dziećmi, jesteśmy bardzo blisko.

Żona jest pana wielką miłością. Do momentu jej spotkania nie było łatwo. Przeszedł pan rozwód, długo czekał na tę miłość...

- Lepiej późno, niż później. Widocznie tak miało być. Musiałem coś przerobić w życiu, żeby znaleźć swoje gniazdo. To wszystko wydarzyło się w dobrym momencie, bo wciąż mam pasję, wciąż kocham mój zawód. Może nawet bardziej niż kiedyś. I wciąż mam energię!

Ale kłócicie się?

- Oczywiście (śmiech). Potem się godzimy. Z tego też rodzi się ciepło, które nas ogrzewa. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bylibyśmy zamknięci w złotej klatce i żyli w pseudoidealnym związku. Jesteśmy normalną rodziną. Kłócimy się, obrażamy, a potem się znów kochamy.

Cały wywiad w najnowszym numerze tygodnika "Świat&Ludzie"

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje