Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

"To wszystko wygląda bardzo dziwnie"

Wielebny Jesse Jackson, wieloletni przyjaciel rodziny Jacksonów, zdradził w ekskluzywnym wywiadzie dla najnowszego wydania magazynu "People", jak bliscy króla pop radzą sobie z jego nagłą stratą.

"To było zupełnie nieoczekiwane. Nadal jestem w szoku. To bardzo boli" - powiedział Jackson, który pomimo zbieżności nazwisk nie jest spokrewniony z muzycznym klanem.

Reklama

"Katherine i Joe są silni, ale bardzo cierpią. Michael, to pierwsze z ich dzieci, które odeszło, co potęguje jeszcze ten ból. Rozpaczają szczególnie przez to, że nastąpiło to tak nieoczekiwanie.

Mówiąc nieoczekiwanie mam na myśli to, że Michael przeszedł ostatnio wszystkie badania lekarskie i codziennie przygotowywał się do koncertów w Wielkiej Brytanii, ćwiczył przed swoim wielkim tournee. Bilety na jego występy były wyprzedane. Od wielu miesięcy Michael cieszył się na samą myśl o tym. Tym większa jest teraz nasza rozpacz. On był u szczytu swoich dokonań. Był bezkonkurencyjny" - oznajmił.

Wielebny Jackson wspomniał też o trójce dzieci, które pozostawił po sobie legendarny piosenkarz. "Widziałem je. Bawią się w ogrodzie ze swoimi kuzynami. Przebywają w domu swoich dziadków, są bezpieczne i radosne" - wyjaśnił.

"Rodzina Jacksonów ma jednak wiele pytań. To jest oczywiste. Zastanawiają się, co się działo z Michaelem przez 12 godzin przed jego śmiercią. Doktor Conrad Murray ostatnio zachowywał się dziwnie. Najprawdopodobniej był wtedy z Michaelem i podał mu lek na ból pleców. I następna rzecz, która miała miejsce, to telefon na pogotowie. Niejasne jest też to, że osoba dzwoniąca po karetkę, powiedziała, że Michael nie oddychał, że był nieprzytomny. Jak długo nie oddychał? Kiedy stracił przytomność?" - zastanawia się Jackson.

"Co więcej, lekarz nie rozmawiał nawet z rodzicami Michaela. Nie wyjaśnił, co się z nim działo w ostatnich godzinach życia" - zaznaczył przyjaciel Jacksonów. "On nawet nie podpisał aktu zgonu, ani nie rozmawiał z koronerem. A potem zniknął. Kiedy się znowu pojawił, pierwszą osobą, z którą się skonsultował był jego prawnik. To wszystko wygląda bardzo dziwnie" - powiedział.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje