Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Stanisław Janicki: Na nic w życiu nie jest za późno!

Jego życie to gotowy scenariusz na kinowy hit. Właśnie wyszła książka o Stanisławie Janickim (85 l.), dziennikarzu, filmowcu, pisarzu, scenarzyście, krytyku filmowym i gospodarzu kultowego programu "W Starym Kinie". "Dobremu Tygodniowi" pan Stanisław opowiada o swoim miejscu na ziemi, problemach ze zdrowiem i miłości do sporo młodszej kobiety, z którą rok temu w tajemnicy wziął ślub...

Dobry Tydzień: Niedawno był pan w szpitalu. Co się stało?

Reklama

Stanisław Janicki: Miałem operację kręgosłupa. Za chwilę tam wracam, bo muszę poddać się dalszemu leczeniu, co potrwa trzy tygodnie. Tak poważnie chory, jak teraz, nigdy nie byłem. No trudno. Ale nie rozpaczam, tylko myślę, żeby się z tego wydostać.

W kim ma pan największe wsparcie?

- W żonie. Bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Mogę też liczyć na przyjaciół, dzięki nim wciąż czuję się potrzebny. Mam również wsparcie lekarzy, którym tak wiele zawdzięczam. Chętnie bym ich wymienił z nazwiska, ale oni – co doskonale rozumiem – sobie tego nie życzą. Niedługo będę też mógł dziękować personelowi oddziału neurologiczno-rehabilitacyjnego.

Hołduje pan zasadzie, że nieważne jest bycie na pierwszym miejscu, ale we właściwym. Zawsze się to Panu udawało?

- Ha! Marzyłem, żeby być dyrygentem wielkiej orkiestry symfonicznej, lecz moje uzdolnienia nie dorosły do tego… Chciałem być dziennikarzem i to mi się udało. Wykonuję ten zawód od 64 lat, co tydzień radio RMF Classic emituje mój felieton „Odeon Stanisława Janickiego”… Ja nie mam poczucia, że coś w życiu przeszło mi koło nosa… Jeżdżę po Polsce na spotkania z fanami kina. Mimo że tutaj nikt nikogo do niczego nie nagania, sale są pełne, a przede mną siedzą życzliwi ludzie. Podczas tych spotkań czuję, widzę i słyszę, że moje wybory, postawa miały sens. Czego jeszcze pragnąć więcej?! Jestem we właściwym miejscu i czasie…

Nie żałuje pan, że przez całe lata tak intensywnie pracuje?

- Praca to jedna z najważniejszych części życia. Ja jestem Ślązak, a Ślązacy tak zostali zaprogramowani, do solidnej roboty. Nigdy ze sobą się nie nudziłem, ciągle ciekawią mnie ludzie i świat, choć czasami z lekkim obrzydzeniem patrzę na rzeczy, które zaczęły mnie otaczać. Ale to nie demobilizuje mnie, bo wciąż interesuje mnie, co „za oknem i w mieście”. Co prawda, w tej chwili jestem w dołku fizycznym, w życiu przeszedłem wiele operacji, zawał, ale tak poważnie chory, jak teraz, nigdy nie byłem. No trudno. Ale nie rozpaczam, tylko myślę, żeby się z tego wydostać. Mam nadzieję, że uda mi się odzyskać sprawność – może nie w 100, ale w 90 procentach. I już planuję, jak spędzę lato…

W pana gabinecie wisi karta, na której flamastrem napisał pan: „Na nic w życiu nie jest za późno”. W zeszłym roku ożenił się pan z Elżbietą…

- Kartka ma dopisek: „Przyszłość zaczyna się dzisiaj, nie jutro”. Powiedział to Jan Paweł II. Uznałem, że lepiej bym tego nie sformułował. 

Dzielą was z Elżbietą 24 lata. Ludzie panu gratulowali czy zazdrościli?

- Oj, niektórzy inaczej to nazywali, ale przez grzeczność nie powtórzę tych słów.

W zeszłym roku powiedział pan: „Na kolanach powinienem iść do Częstochowy, by Opatrzności podziękować za Elę”. Za co kocha pan żonę?

- Za wiele, bardzo wiele rzeczy. To wspaniała kobieta... Kocham ją bo, serce mi szybciej biło i bije na jej widok. Kiedy wchodzi do pokoju, to uśmiech pojawia się na ustach. Siadamy do śniadania i jest fajnie. Otwieramy butelkę wina, też jest fajnie. Dobrze nam ze sobą. Ela też ma swoje problemy, ale wzajemnie sobie pomagamy. Każde z nas ma własne zajęcia, ale nawet jak przebywamy daleko od siebie, czujemy, że jesteśmy razem. I nie będę mówił o ilości sms-ów, rozmów telefonicznych w ciągu dnia, bo nie da się tego zliczyć.

Ma pan wielu fanów i chyba żadnych przeciwników. Jak pan to robi?

- Myślę, że nikomu nie zrobiłem świństwa, ani niczego, czego nie powinienem, więc dlaczego miałbym być obiektem krytyki? Oczywiście, w sytuacjach osobistych mogło się zdarzyć, że wyrządziłem krzywdę, gdy wizja przyszłości czy drogi się rozchodziły. Ale w pracy, w przestrzeni publicznej? Zasiadając w telewizyjnym studiu, i to się rozciąga na dzisiejsze spotkania z widzami, miałem zasadę, że oto jestem gościem w czyimś domu. Jest rodzina, stół, rozmawiamy. Nie krytykuję, nie pouczam.

Nie miał pan łatwego życia: wojna, ciężka choroba i śmierć żony. Teraz cierpi pan z powodu kręgosłupa. A jednak nigdy nie narzeka. Gdybym chciała przejść przez życie tak samo, jaką dałby mi pan radę? 

-Źle czuję się w roli mędrca dającego rady. Mogę mówić o sobie. Zawsze starałem się robić to, co mnie interesowało. Z natury rzeczy nie znoszę konfliktów. To cechy wrodzone, ale i wychowanie. Ja nie widziałem, by rodzice kłócili się, choć bywało, że mieli różne zdania. W domu nie wolno było narzekać, mówić o pieniądzach. Pytać, ile cię to kosztowało? Cóż to byłby za nietakt! Gdybym miał ująć w jednym zdaniu, jak żyć, to: Bądź ciekaw ludzi, świata, nie rób nikomu świństw, a sam nie rób głupstw.

Rozmawiała:

Iwona Spee


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje