Robert własną rodzinę założył przed 13 laty. Jego partnerka, Katarzyna, jest graficzką. Poznali się przy... wejściu do toalety, na stołecznym Rynku Nowego Miasta.
Zaczęli rozmawiać, a że Górski miał już kabaret, mógł ją zaprosić na występ. Bo wcześniej różnie bywało z jego randkowaniem.
W wywiadzie-rzece pt. „Jak zostałem premierem” przyznał, że zawsze miał z tym kłopot: w szkole, gdy jechał do dziewczyny, już w autobusie planował, o czym będą rozmawiali.
Z Kasią tematów mu nie brakowało. Dziś mają 11-letniego syna, Antoniego i dom u podnóża Bieszczadów, pod Sanokiem.
Tylko brak ślubu jest w ich związku problemem, bo kościelnego wziąć nie mogą (ona jeden już miała), a cywilny uważają za nic nieznaczący.
Tym niemniej Górski bardzo dba o rodzinę. Gdy jedzie z kabaretem w trasę, to najwyżej na 3 dni, a po powrocie odprowadza syna do szkoły i robi zakupy.
Mówi, że na co dzień jest dość spokojny, bo czasem tak się „wyżartuje” w kabarecie, że na więcej nie ma siły. Żona go chwali: dobry partner i ojciec.
Wychował się na Bródnie, warszawskim blokowisku, gdzie wciąż mieszkają jego rodzice – emeryci, ale jego rodzina pochodzi z okolic Węgrowa na Mazowszu, skąd wyruszyła do stolicy w latach 60.
Ojciec przyszłego satyryka został kierowcą miejskiego autobusu, a mama była krawcową, co bardzo się przydało, kiedy chłopak już zaczął występować w kabarecie.
Gdy potrzebował szmacianego kota do skeczu z Andrzejem Chyrą, poratowała go, choć nie ma ciągotek artystycznych. Po prostu położyła na tkaninie swojego domowego zwierzaka, obrysowała go i dzięki temu powstała maskotka, która przez lata „grała” z Górskim na scenie.

Mamie zawdzięcza też imię – nadała mu je na cześć amerykańskiego senatora – Roberta Kennedy'ego – brata prezydenta USA, który zginął z ręki zamachowca.
To dość odległy, ale nie jedyny związek pana Roberta ze światem wielkiej polityki. Jego sąsiadem na osiedlu był... Leszek Balcerowicz, który – już jako wicepremier – mieszkał w bloku i jeździł maluchem.
"Góral" sąsiadował też z wieloma dresiarzami, o których później opowiadał w skeczach.
Jego droga na estradę była kręta. Rodzice bardzo pragnęli by miał zawód więc chcąc niechcąc został technikiem-automatykiem (mówi, że do dziś nie wie, co taki człowiek robi), lecz ostatecznie wybrał polonistykę.
Tam zrodziły się jego pierwsze kabaretowe pomysły, ale nie wszystkie brał „z głowy” i nadal tak nie jest. Zdradził, że ciągle prowadzi zeszycik, w którym zapisuje zabawne powiedzonka i sytuacje.
Z czasem przekonał się, że kabaret to jego powołanie, choć inne propozycje też miał. Jeszcze na studiach dostał pracę w agencji reklamowej, która do tego stopnia ceniła jego pomysły, że zarabiał w niej więcej niż jego rodzice razem wzięci.

"W głębi duszy chciałby być kierowcą autobusu, jak jego tata. Zły los uczynił go jednak najśmieszniejszym człowiekiem w Polsce" – tak opisał go Przemysław Borkowski, z Kabaretu Moralnego Niepokoju.
To właśnie z „rozrywkowej” strony znamy Roberta Górskiego, zwanego przez przyjaciół „Góralem”, a przez fanów... premierem.
Przez kilka lat parodiował przecież Donalda Tuska, w telewizyjnym skeczu o posiedzeniach rządu, a teraz jest centralną postacią w internetowym „Uchu prezesa”.
Wszyscy o nim mówią, bo żartuje z obecnej władzy. Utrzymuje się na szczycie, ale... gwiazdą się nie czuje.











