Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mirosław Baka: Straciłem kontakt z ojcem, gdy miałem 15 lat

Mirosław Baka (54 l.) jako nastolatek był świadkiem rozstania rodziców. W dorosłym życiu zrobił wszystko, by stworzyć swoim synom ciepły, bezpieczny dom, z mądrym wspierającym ojcem, jakiego sam nie miał. "Straciłem z tatą kontakt, gdy miałem 15 lat" - mówi.

Pochodzi z robotniczej rodziny, ale nie chciał jak dziadek i ojciec być pracownikiem huty w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pociągało go aktorstwo. Ambicji i determinacji mu nie brakowało.

Reklama

Żonę, Joannę Kreft, poznał pan we Wrocławiu w szkole aktorskiej...

Mirosław Baka: - Podczas egzaminów wstępnych zobaczyłem ją na korytarzu. Od razu zwróciłem na nią uwagę. Piękna dziewczyna. Wydawała się bardzo pewna siebie, wręcz przebojowa. Raczej nie w moim typie. Ale było też w niej coś sympatycznie zadziornego i to mi się spodobało. Mieszkaliśmy na stancjach w sąsiednich domach, razem chodziliśmy na zajęcia, razem wracaliśmy. I tak to się zaczęło.

Jesteście ze sobą ponad 30 lat, bez skandali. Jak to się robi?

- Nie ma uniwersalnej recepty, by małżeństwo było szczęśliwe. Dwoje ludzi wciąż musi starać się dopasowywać do siebie, uczyć się siebie nawzajem przez lata. Potrzebna jest tolerancja, szacunek, miłość. I oczywiście przyjaźń.

Jeśli się kłócicie, to kto pierwszy wyciąga rękę na zgodę?

- Jesteśmy normalnymi ludźmi, kłócimy się i godzimy. Na ogół ja pierwszy wyciągam rękę do zgody, bo wbrew temu jak mnie ludzie postrzegają, to ja bywam bardziej impulsywny i nierzadko zdarza mi się palnąć jakieś głupstwo. Ale potrafię przyznać się do błędu i przeprosić. A Joanna, może nie od razu, ale wybacza. Nie przepadam za sytuacjami, kiedy w domu jest cicho. Zależy mi, by panowała harmonia.

Ten dom jest w Gdańsku?

- Związaliśmy się z żoną z Teatrem Wybrzeże. Na początku często zmienialiśmy adresy. Dziesięć lat mieszkaliśmy w bloku na gdańskiej Morenie. Potem przeprowadziliśmy się za miasto, ale wszędzie było daleko. W końcu znaleźliśmy dom, w którym oboje się zakochaliśmy. Uliczka, przy której stoi, to mała enklawa praktycznie w lesie, choć niemal w środku miasta. Budynek powstał w 1926 roku, jest otoczony ogrodem, o który wspaniale dba Joanna. Kiedy skończyliśmy remont i wprowadziliśmy się, usiadłem i pomyślałem, że to jest moje miejsce na ziemi.

Podkreśla pan, że bardzo ważna była dla pana bliska więź z synami. Dlaczego?

- To zapewne kompensacja tego, czego mnie zabrakło w relacji z ojcem. Kiedy miałem 15 lat, rodzice się rozwiedli i straciłem kontakt z tatą. Dlatego bardzo mi zależało, aby być przy Łukaszu i Jeremim w każdym ważnym momencie ich dzieciństwa i dorastania. Zawsze starałem się znaleźć czas na zabawę, rozmowę, pomoc w rozwiązywaniu dziecięcych, a potem młodzieńczych problemów. Nie jest łatwo być ojcem i dobrym kumplem zarazem. Ale starałem się i chyba mi się to udało. Do dziś mamy fantastyczne relacje. Obecna w naszym domu fascynacja teatrem i kinem udzieliła się też chłopakom. U starszego syna zaowocowało to wyborem drogi zawodowej, bo jest operatorem filmowym, a nawet wykładowcą tej trudnej sztuki. Młodszy wybrał inny fach, zamieszkał w Warszawie, ale kiedy tylko nadarza się okazja, spotykamy się, aby sobie pogadać. Nie tylko o filmach czy o teatrze, ale od serca.

Od niedawna jest pan też szczęśliwym dziadkiem.

- Jonatan ma rok i 3 miesiące i daje nam z żoną dużo radości. Gdyby udało mi się osiągnąć z wnukiem taki stopień zażyłości, jaki ja miałem ze swoimi dziadkami, byłoby cudownie. Chcę o różnych rzeczach mu opowiedzieć, wielu rzeczy go nauczyć. Z pozycji dziadka wydaje się to nawet łatwiejsze. Mówi się, że rodzice mają wychowywać dziecko, dziadkowie zaś mogą je rozpieszczać. Jednak postaram się nie wtrącać w wychowanie i nie psuć mu charakteru. Będę z radością patrzył, jak rośnie. I oby wyrósł na mądrego, wartościowego człowieka.

Proszę opowiedzieć o swojej relacji z dziadkami. Co im pan zawdzięcza?

- Urodziłem się w Ostrowcu Świętokrzyskim w robotniczej rodzinie: ojciec tokarz, dziadek szewc, mama pracowała w kiosku. Jestem pierwszym pokoleniem inteligenckim. Praktycznie byłem wychowywany przez dziadków, bo rodzice dużo pracowali, a przedszkole mi się nie spodobało. Szczęśliwie się złożyło, że usytuowane było na parterze, więc już pierwszego dnia udało mi się uciec stamtąd przez balkon.

Dziadek Józef, który stracił podczas wojny obie nogi, był w domu, więc on razem z babcią Zosią i pradziadkiem Rochem przejęli nade mną opiekę. Pierwszy robił dla mnie najróżniejsze drewniane zabawki, a drugi wędrował ze mną po podmiejskich pagórkach. Po rozwodzie rodziców to właśnie do dziadka przychodziłem ze wszystkimi wielkimi problemami małego chłopca. Zawsze umiał mnie wysłuchać, w każdej sprawie potrafił trafnie i mądrze doradzić.

Jak pana dziadek stracił nogi?

- To był wypadek na kolei, ale niechętnie o nim wspominał. Kiedy go pierwszy raz o to zapytałem, przytulił mnie i powiedział, że nie chce do tego wracać. Zrozumiałem, że to zbyt bolesne. Dziadek to był twardy gość. Z pomocą drewnianych protez, o lasce, w każdą niedzielę chodził kilometr do kościoła. Jeździł też inwalidzkim motorowerkiem, a ja razem z nim ukryty pod plandeką, którą okrywał nogi z protezami. To była dopiero frajda!

Rozmawiała: Aga Stalińska

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje