Jeden występ sprzed ponad 20 lat zmienił bieg jej kariery. Mandaryna ciągle jest o to pytana
Na początku lat 2000. Mandaryna była wielką gwiazdą. Cała Polska żyła jej medialnym związkiem z Michałem Wiśniewskim i przyglądała się rozwojowi jej kariery.
Niestety wystarczył jeden błąd, by świetlana przyszłość kobiety w show-biznesie stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Chodzi oczywiście o pamiętny występ na Sopot Festiwalu, na którym aspirująca piosenkarka nie zaprezentowała się z najlepszej strony.
Większość uznała wtedy, że Marta Wiśniewska tak naprawdę nie ma głosu i nie nadaje się do śpiewania przed publicznością. Na nic zdały się o wiele późniejsze tłumaczenia, że zawiniły problemy techniczne (a może - jak plotkowano - celowe działania jakiegoś innego artysty), przez które występująca w ogóle siebie nie słyszała.
Jakakolwiek nie byłaby prawda, dzień ten położył się cieniem na dalszej działalności zawodowej Mandaryny. Już na zawsze przylgnęła do niej ta łatka, z którą kobieta mocuje się do dzisiaj. Do owej sytuacji miała okazję powrócić również w najnowszym wywiadzie.
Mandaryna znowu wspomina feralny występ w Sopocie. Padły zaskakujące słowa. "Bardzo się z tego cieszę"
Marta Wiśniewska przyznała, że Sopot to już dla niej temat zamknięty.
"To już dla mnie są tak strasznie zgrane karty, że tam nie sięgam. Mam cudowne (...) [pociechy - przyp. aut.], które wychowałam na wrażliwych, otwartych, zdolnych ludzi, więc wydaje mi się, że chociażby z tego powodu ta droga była wspaniała" - mówiła Annie Marii Siekluckiej w podcaście "P. S. I love you".
"Człowiek powinien uczyć się uniwersytetach, a uczy się na błędach i to własnych" - rzuciła w kontekście przeszłości.
Dzisiaj gwiazda ma już wyraźny dystans do całego tego zamieszania, a nawet ceni je za to, jakim człowiekiem ją uczyniły.
"Uważam, że za wszystkie nasze potknięcia płacimy jakąś cenę, ale to wszystko są jakieś rysy, dzięki którym mamy coś do powiedzenia. Dzięki nim jesteśmy jakąś całością. Dzięki którym performance (...) jest tak mocny. Mam za sobą pewne doświadczenia, które [mnie] ukształtowały (...). Jeśli mówię o czymś mocnym, to jest to mocne. Z tego się bardzo cieszę" - powiedziała.
Mandaryna wróciła pamięcią do feralnego Sopotu. "To już nie dla mnie"
Mandaryna, nawet jeśli jest zmęczona pytaniami o ów pamiętny występ i niechętnie wraca do przeszłości, to się od niej nie odżegnuje. Ale jednocześnie nie pozwala, by tylko ona ją definiowała.
"Wszystko, co się wydarzyło, po prostu jest moją tożsamością. To jestem ja i tyle. I może się to komuś podobać lub nie. Fajnie, że ktoś to ocenia, ale to już nie dla mnie. Ja wiem, kim jestem, znam swoją wartość, wrażliwość. I to jest fajne, że mam o czym w życiu mówić" - podsumowała wątek.
Ale nie da się ukryć, że tamten "posopotowy" czas był dla niej bardzo trudny.
"Wiadomo, ja tę szufladę gdzieś tam zamknęłam, ale ludzie nie. Jeśli ktoś do kogoś mówił: 'O, zobacz, Mandaryna idzie', to od razu wiedziałam, że mówi: 'Ty, to ta z tego Sopotu'. To było dla mnie takie ciężkie, żeby ktoś mi odpuścił. Na ten moment czekałam, żeby mi ludzie odpuścili" - wyznała w emitowanym jesienią 2024 roku programie "Azja Express".
Zobacz też:
Emocjonalne wyznanie Mandaryny o Michale Wiśniewskim. "Nie chciałabym go stracić"
Wiśniewski już nie ukrywa myśli o Mandarynie. Teraz czeka tylko na jej ruch








