Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl
Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »

Małgorzata Potocka: Walczyłam o to, by przeżyć. Czułam, że odchodzę

Śmierć dwukrotnie zaglądała artystce w oczy. Małgorzata Potocka (72 l.) jest przekonana, że prezent od zaprzyjaźnionego księdza ocalił jej życie...

Opatrzność dwukrotnie dała jej szansę ponownie się urodzić. Pierwszy raz ćwierć wieku temu, gdy został porwany statek, którym płynęła. 

Reklama

Drugi – przed trzema laty, kiedy przechodziła operację na otwartym sercu. 

"To, że przeżyłam, było wielkim cudem" – zdradza "Dobremu Tygodniowi” Małgorzata Potocka.

Był 1985 rok, gdy wraz z narzeczonym, piosenkarzem Wojciechem Gąssowskim, zatrudnili się na włoskim statku "Achille Lauro”.

Rejs po Morzu Śródziemnym zapowiadał się wspaniale. Choć wieczorami pracowali, dając sceniczne popisy, to w ciągu dnia mogli cieszyć się swoim towarzystwem i bajecznymi widokami. 

Sielanka się skończyła, gdy na pokład wtargnęli terroryści. Czterej członkowie Frontu Wyzwolenia Palestyny Abu Abbasa budzili postrach. Jeden z nich strzelał w powietrze, drugi miał za paskiem granaty, inni pistolety maszynowe. 

Kobiety oddzielono od mężczyzn i zapędzono do różnych sal. Uzbrojeni intruzi rozstawili kanistry z benzyną i zagrozili, że jeżeli ktoś będzie chciał odbić statek, wysadzą go w powietrze.

Małgorzata niepokoiła się o Wojtka. 

"W takich momentach przed oczami przelatuje człowiekowi całe życie. Każdy modli się o to, żeby przetrwać. W ekstremalnych sytuacjach zawsze liczymy na cud. Na to, że wydarzy się coś wyjątkowego, co nie pozwoli nam umrzeć. Tak też było wtedy" – opowiada tygodnikowi Potocka. 

W pewnym momencie porywacze kazali pasażerom położyć się na podłodze. Drżeli o życie. Małgorzata ściskała w dłoni obrazek Matki Bożej Nieustającej Opieki.

"Przed wyjazdem dostałam go od księdza Kazimierza Orzechowskiego, mojego przyjaciela" – mówi.

Sytuacja była dramatyczna. W związku z niespełnieniem żądań bandyci zabili strzałami w głowę i klatkę piersiową zakładnika – multimilionera Leona Klinghoffera.

Jego ciało wraz z wózkiem inwalidzkim, na którym się poruszał, wyrzucili za burtę. Małgorzata nie traciła nadziei na ocalenie. 

"Modlitwa i wiara w to, że nie zginę, były wtedy najważniejsze" – wspomina. 

Gdy statek dotarł do Egiptu, tamtejszy rząd pozwolił terrorystom na opuszczenie pokładu i wyjazd z kraju, w zamian za uwolnienie zakładników.

Małgorzata jest wdzięczna Bogu, że ona i jej ukochany wyszli z tej sytuacji cało.

Trauma jednak pozostała. Do dziś unika dużych skupisk ludzi, jest bardzo ostrożna.

"To, że przeżyłam, to był cud. Czuwał nade mną mój Anioł Stróż" – przekonuje.

Czytaj dalej na następnej stronie...

Dobry Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje