Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Małgorzata Kożuchowska: Lubimy się razem śmiać

Pachnący obiadem dom i matka zawsze czekająca na powrót dzieci. Taki azyl stworzyli córkom państwo Kożuchowscy z Torunia.

Gdy Jadwiga Kożuchowska pochyla się nad małym wnukiem Jasiem Wróblewskim, chłopczyk się uśmiecha. Rozpoznaje twarz babci, bo zajmuje się nim, kiedy rodzice są w pracy.

Reklama

Pani Jadwiga przyjechała z Torunia do Warszawy, bo dla niej to normalne, że pomaga córkom przy dzieciach. Jan Franciszek jest najmłodszy, ma jeszcze dwóch starszych i wnuczkę. Jednak to w rodzinie ktoś wyjątkowy. I nie dlatego, że ma sławną mamę. Cała rodzina Kożuchowskich trzymała kciuki by się urodził. Prosiła Boga, by Małgosia miała dziecko. Dziadek Leszek wprost powiedział, że to "maleństwo było przez wszystkich najdłużej wyczekiwane". Jak następca tronu.

Dzieci są w rodzinie Kożuchowskich największym darem. Tak było, gdy rodziły się Małgosia, a potem Hania i Majka. Jadwiga i Leszek Kożuchowscy kochali je bardzo i starali się, by dziewczynkom niczego nie zabrakło. Starali się poświęcać im jak najwięcej czasu, choć codziennie chodzili do pracy.

Ona była nauczycielką w szkole, on naukowcem, ekologiem. Luksusów nie było, ale to na panią Jadwigę mówiono w Toruniu "Boska Kożuchowska". Bo zawsze chętnie pomagała innym. Żyła problemami swoich uczniów, po nocach sprawdzała klasówki. A w dzień była całkowicie dla swoich córek.

Szyła dla nich sukienki, robiła swetry na drutach, wyszywała kołnierzyki. Piekła ciasta, uczyła haftu, gotowania. Chciała, by zapamiętały, jak ważny jest stół, gdy cała rodzina zbiera się nad pachnącym jedzeniem. Miała wsparcie w mężu. Starał się, by dzieci umiały dawać sobie radę w życiu. Nie był typem srogiego patriarchy, tylko dobrego ojca. Jeździł z dziewczynkami w góry, na długie rowerowe wycieczki.

- Gdy byłam mała wsadzał mnie w koszyk, który zawieszał na kierownicy i razem jechaliśmy na ryby i na grzyby - opowiada Małgorzata Kożuchowska. Dookoła blokowiska, gdzie mieszkali, rozpościerał się las. Dziewczynki zjeździły go z ojcem wzdłuż i wszerz. W domu czekała na nie mama ciekawa ich wrażeń.

Małgosia była najstarsza i najlepszy kontakt miała z 3 lata młodszą Hanią. Potem, gdy dorosła, musiała odpędzać młodsze siostry, bo podbierały jej kosmetyki. Wtedy to one trzymały sztamę. Dziś, gdy wspominają kłótnie z dzieciństwa, zaczynają się same śmiać.

Potrafiły krzyczeć na siebie, a nawet się bić. I widzą, jak cierpliwi byli rodzice przeżywający po kolei ich okresy dojrzewania. Zwłaszcza tata był oazą spokoju. - Gdy kłóciłam się z nim jako nastolatka, pierwszy chciał się godzić. Mówił: zamknij oczy, otwórz buzię. I wsadzał mi do ust jakąś słodycz - opowiada Małgorzata.

W młodości często zmienia łazdanie. Chciała być weterynarzem, ekspedientką i dziennikarką. A potem w klasie wyznaczono ją do czytania na głos, zaczęły się konkursy recytatorskie. W 7 klasie podstawówki pomyślała: mogę przecież grać weterynarza, dziennikarkę..., i postanowiła zostać aktorką. Poszła do kościoła przed egzaminem do szkoły teatralnej. Poprosiła Boga, że jeśli zda, to będzie wierzącą aktorką, nie wstydzącą się swojej wiary.

Zdała egzamin, ale gdy powiedziała o tym rodzicom nie byli zachwyceni. Gorzej - byli przerażeni. Przestrzegali córkę, że to nie łatwy zawód. Że będzie miała problem z wyborem partnera, założeniem rodziny. Na wszystko miała wtedy odpowiedź. - Ale ja nie chcę mieć męża, żeby go obsługiwać, prać mu i gotować obiady! - mówiła matce. A pani Jadwiga kiwała głową: poczekamy, zobaczymy.

Te rozmowy Małgorzata wspomniała po latach i przyznała mamie rację. Był moment, że była znaną aktorką po 30-tce, ikoną mody, twarzą reklam i... bała się, że nie założy rodziny. Na rodziców i siostry zawsze mogła liczyć. Wspierali ją, byli dumni, że osiągnęła sukces.

To dzięki niej stali się w Toruniu naprawdę znani i zaczęli mieć kłopoty na miarę celebrytów. Kiedy raz po świątecznej kolacji włączyli telewizor, leciały akurat "Przeprowadzki". W jednej ze scen Małgosia stała rozebrana do majtek. Zapadła cisza i w końcu tata Leszek, wykładowca w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej założonej przez o. Tadeusza Rydzyka, chrząknął: - Czy chcecie iść w tym roku na pasterkę do innej parafii? I rodzina, wraz z nim, wybuchnęła śmiechem.

Śmieją się razem często. Siostry dzwonią do siebie, kiedy mogą. Hania jest architektem, mieszka w Poznaniu. Majka wyjechała za granicę. Mieszka w Anglii, ma męża Francuza i zajmuje się tłumaczeniami. Pracuje też jako przedszkolanka. Kiedy przyjeżdżają do Torunia, z mężami i dziećmi śpią pokotem na podłodze, bo mieszkanie jest małe. Ale są u siebie. W miejscu, gdzie uczyły się, jaki powinien być dom.

Dobry Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Kożuchowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »