Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Lech Dyblik: Niewielu wierzyło, że uda mu się z tego wyjść. Dziś pomaga innym!

"Aktor Smarzowskiego" Lech Dyblik (60 l.) pokonał chorobę alkoholową i pomaga innym wyjść na prostą...

Dla prostego chłopaka z malutkiego Złocieńca ukończenie krakowskiej PWST w 1981 r. stało się początkiem świetnie zapowiadającej się kariery. Tuż po edukacji Lech Dyblik otrzymał angaż w Teatrze Narodowym, a niebawem zaistniał też w filmie. Na brak gotówki nigdy nie narzekał, bo oprócz aktorstwa parał się też handlem, sprzedając sztuczną biżuterię. Jednak pieniądze się go nie trzymały, bo lubił się bawić.

- Stawiałem kolegom, płaciłem za nich rachunki, byłem duszą towarzystwa. To były bardzo wesołe czasy. Nie dostrzegłem granicy, za którą zaczął się problem. W pewnym momencie zabawa się skończyła i zaczęła degrengolada. Czułem się jak szafka od zlewozmywaka - wspomina Lech Dyblik.

Reklama

Aktor przestraszył się dopiero wtedy, gdy po kilku tygodniach samotnych libacji, pojawiły się myśli samobójcze. Choć nie była to łatwa decyzja, poddał się leczeniu. Terapia odwykowa diametralnie zmieniła jego nastawienie do siebie i do innych. Po jej zakończeniu zainwestował w siebie. Zaczął uczyć się języków: angielskiego, francuskiego i rosyjskiego, a kiedy usłyszał piosenki z Odessy postanowił zostać... piosenkarzem.

I tu pojawił się problem, bo nie potrafił ani śpiewać, ani na niczym grać. - Cztery lata uczyłem się gry na gitarze. Nie zapomnę występu w biednej dzielnicy w Odessie, gdzie żyje biedota, pijacy i złodzieje - opowiada.

Od tego czasu artystę często można zobaczyć z gitarą na deptakach polskich miast. Jego charakterystyczny głos sprawia, że ustawiony przed nim kapelusz szybko napełnia się datkami. W ciągu godziny potrafi zarobić nawet kilkaset złotych! Ale pieniądze nie są dla niego ważne. Liczy się tylko bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem.

Wspiera tych, którzy żyją na marginesie, odrzuconych i nieudaczników, dlatego koncertuje również w więzieniach, noclegowniach, ośrodkach dla uchodźców. Ma poczucie długu, bo nie zapłacił terapeucie, który pomógł mu wrócić do trzeźwego życia.

- Mam tym ludziom coś do przekazania. Mimo że nie znają rosyjskiego, doskonale czują te pieśni, bo jest w nich jakaś niezgoda na to, że człowiek jest nikim, szmatą i śmieciem. Byłem na dnie i się z tego podniosłem. Jestem żywym przykładem, że kiedy walczy się o siebie, to musi się udać - przekonuje aktor, który swój czas poświęca również spotkaniom z młodzieżą, z osobami uzależnionymi.

- Nie czuję się mentorem. To wewnętrzny przymus robienia czegoś pożytecznego - dodaje. Przyznaje, że od ponad 20 lat nie pije. Nie użala się, przeciwnie jest szczęśliwy. - Moja choroba alkoholowa jest najlepszą rzeczą, jaką dostałem od Boga. Dzięki niej mam szansę zrozumieć, kim jestem - zapewnia Lech Dyblik, potwierdzając tym samym, że każdy jest kowalem swojego losu.

***

Zobacz więcej materiałów o gwiazdach:

Iza Kraft

Na żywo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje