Reklama

Reklama

Reklama

Tylko u nas

Krzysztof Jackowski wieszczy wielki kryzys. Będzie przypominać "oranie pola"

„Najpopularniejszy polski jasnowidz” – to miano już dawno przylgnęło do Krzysztofa Jackowskiego. Skąd wzięła się ogólnopolska rozpoznawalność skromnego tokarza z Człuchowa, który szczyci się paranormalnym rozwiązaniem kilkuset spraw kryminalnych? Czego możemy spodziewać się w najbliższym czasie i dlaczego lepiej nie być optymistą? W obszernej rozmowie z Pomponikiem Krzysztof Jackowski rozlicza się z wojną, kryzysem finansowym, pandemią, kryptowalutami i... sceptycznym podejściem do życia.

Jasnowidz Krzysztof Jackowski: wywiad

Jasnowidz Jackowski w ostatnich latach cieszy się niesłabnącą popularnością. Jego przepowiednie niejednokrotnie spełniały się, czym wprawiał w osłupienie opinię publiczną. Począwszy od prognozy pogody, a skończywszy na kosmicznych wizjach, Krzysztof Jackowski nieustannie nas zaskakuje. Tym razem pochodzący z Człuchowa jasnowidz zgodził się udzielić wywiadu naszemu serwisowi. W rozmowie z Pomponikiem opowiedział o swoim życiu oraz niebywałych zdolnościach paranormalnych. 

Reklama

W sieci można znaleźć mnóstwo informacji o Krzysztofie Jackowskim - już sama pana strona internetowa jest skarbnicą archiwalnych artykułów. A czy są jakieś pomijane przez dziennikarzy wątki, o których szczególnie chciałby pan porozmawiać?

- To, czego mi najbardziej brakuje w rozmowach z mediami, to kwestia ciekawości sedna jasnowidzenia. Ponad trzydzieści lat funkcjonuję publicznie i bardzo wiele osób nazywa mnie "najpopularniejszym jasnowidzem Polski". Moja rozpoznawalność i częsta obecność w gazetach czy telewizji nie wzięły się jednak z tego, że prasa i telewizja sobie mnie jakoś wyjątkowo upatrzyły.

To co jest tym sednem pana pracy?

- Jej istotą jest fakt, że wielokrotnie pomogłem w odnalezieniu osób zaginionych bądź zlokalizowałem ciała. Był taki czas, że policja ze mną oficjalnie współpracowała. Potem prasa, próbując dopytywać się o naszą współpracę, sprawiła, że policja zaczęła się z tego wycofywać. Na mojej stronie można znaleźć jednak dokumenty z tego okresu potwierdzające, że pomogłem w wyjaśnianiu wielu morderstw metodą jasnowidzenia. To moje osiągnięcia sprawiły, że w jakiś sposób stałem się osobą znaną, choć na co dzień żyję skromnie i cieszę się małymi rzeczami. I tak pozostanie, bo nie jestem już młody. Nawet komputer mam wiekowy.

Do tematu policji oczywiście wrócimy, ale na początek chciałem spytać o pana... początki. W jaki sposób skromny tokarz-jasnowidz z Człuchowa mógł poradzić sobie ze spadającą na niego popularnością? Wciąż zbiera pan prasowe doniesienia o sobie?

- Od zawsze śledzę artykuły o swoich sprawach, choć to wszystko narastało latami i nie spłynęło na mnie z dnia na dzień. Gdy w czasach przedinternetowych znajdowałem jakieś zwłoki, natychmiast pisała o tym prasa, trudno więc było nie zbierać takich wycinków. Wciąż je archiwizuję - przeznaczyłem nawet cały pokój do trzymania tej dokumentacji. Nigdy za to nie wchodzę w facebookowe komentarze i dyskusje. Znam swoją wartość, wiem kim jestem i to mi wystarcza. Nie interesują mnie ani anonimowe splunięcia, ani pocałunki.

Z pewnością pamięta pan, od jakiej sprawy zaczęła się pana rozpoznawalność w całym kraju.

- To był 1994 rok i głośna sprawa zaginięcia trzech suwalskich biznesmenów, którzy pojechali do obwodu kaliningradzkiego kupić dużą ilość drewna. Relację ze swojej wizji przedstawiłem ich żonom na piśmie. Zobaczyłem, że przedsiębiorcy zostali zamordowani a ich ciała znajdują się w lesie; dwóch z nich leży obok siebie, a przynajmniej jedna z ofiar pozbawiona jest głowy. Po prostu makabra... Po tygodniu temat podchwyciła prasa - Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł Mariusza Szczygła, w którym opisana została moja wizja. Dotarło do mnie, że jeśli nie mam racji, jestem skończony. Po kolejnych kilkunastu dniach do morderstw przyznał się potencjalny kontrahent z Rosji. Okazało się, że wszyscy zaginieni zostali zdekapitowani.

Wspomniał pan o swoich osiągnięciach. Z jakich sukcesów jest pan wyjątkowo dumny?

- Choćby z tego, że trzykrotnie byłem zapraszany do Japonii, gdzie już prawie dwadzieścia lat temu wygrałem w tamtejszej telewizji konkurs jasnowidzów. Na wielu wydziałach prawniczych mnóstwo prac dyplomowych zostało napisanych na mój temat - i nie chodzi tu stricte o osobę Krzysztofa Jackowskiego, a właśnie moje osiągnięcia. Dumny jestem też z faktu, że wielokrotnie byłem zapraszany na uczelnie na poważne spotkania ze studentami.

A skąd pomysł na YouTube'ową działalność? Każdy z pana filmików ma po kilkaset tysięcy odsłon.

- Mój kanał powstał przypadkowo. Kilka lat temu bym nie pomyślał, że będę miał odwagę publicznie przemawiać do tak dużego audytorium. Jestem mile zaskoczony, że tak dużo osób - ponad 270 tysięcy subskrybentów - śledzi moje wypowiedzi. Zaczynając programy zawsze się stresuję, ale gdy już usiądę, mówię wszystko bez przygotowania. Czasami gadam o swoich uczuciach, czasami opowiadam historie związane z parapsychologią.

W ostatnich miesiącach tematem numer jeden praktycznie wszystkich mediów jest oczywiście wojna w Ukrainie. Ludzie są przerażeni i ze strachem spoglądają w przyszłość. Rzeczywiście mamy się czego obawiać?

- Uważam, że dużą wojną na świecie nie jest agresja Rosji na Ukrainę. To konflikt lokalny, choć z rozbłyskiem światowym. Europa i USA pilnują tej wojny i starają się słusznie pomagać. Czuję, że to wojna wypowiedziana całemu NATO, choć w tej chwili nie ma jeszcze fizycznych starć z państwami członkowskim. Rosja trzyma za gardło Ukrainę używając jej jako zakładnika. W ten sposób może powstać konflikt światowy, w którego zalążku właśnie tkwimy. Pod koniec 2020 roku powiedziałem o moim poczuciu, że jeżeli Polska miałaby uczestniczyć w przyszłej wojnie, to widzę wąski pasek wschodniej granicy odcięty od reszty kraju. Niespełna rok później minister Kamiński powtórzył moje słowa w telewizji - wprowadzony został stan wyjątkowy na "wąskim pasku polskiej wschodniej granicy". Dziś niestety stoimy trochę w miejscu, niektórzy nawet przestali zauważać, że w Ukrainie dzieje się coś strasznego - owszem, ludzie strzelają do siebie, ale my codziennie budzimy się rano i chodzimy do pracy. Obawiam się, że duża wojna dopiero się zacznie. Przed tym stoimy i to ogromny problem.

A co pan czuje w temacie politycznych przetasowań związanych z ewentualnym końcem wojny?

- Przełom może nastąpić w drugiej połowie lata - lipcu, sierpniu. Życzyłbym sobie i wszystkim, żeby ten koszmar się skończył. Mam przeczucie, że Rosja nie przejmie władzy w całej Ukrainie. Jej mniejsza, podłużna część zostanie oddzielona, choć administracyjnie wciąż pozostanie Ukrainą. To nie będzie tak, że Rosja będzie sobie uzurpowała geograficzne prawo do tych ziem. Gdy wojna się skończy, uradowani ludzie z ukraińskimi flagami będą wracać do swoich domów.

Czego w tej niezwykle trudnej sytuacji mogą spodziewać się Polacy?

- Już w maju ubiegłego roku powiedziałem o swoich przeczuciach - skojarzyło mi się wtedy, że w najbliższych miesiącach Polska może mieć poważne problemy. Wskazałem wówczas dwie rzeczy. Nie rozumiałem - ale czułem - że nasz kraj w jakiś sposób może tracić suwerenność. Mówiłem o podziale Polski na dwa i zaznaczałem też, że od sierpnia zaczną być wprowadzane inflacja, kryzys surowcowy i finansowy, których konsekwencją będzie bieda. Podkreślam - wprowadzane. Mówi się, że przez wojnę w Ukrainie także nasz kraj wpadł w dużą inflację i mamy spore problemy cenowe. Każdy czuje to w swoim portfelu. To jednak nie zaczęło się w marcu równolegle z wojną, ale w drugiej połowie ubiegłego roku. Można domniemać, że politycy spodziewali się konfliktu i robili coś w kierunku oszczędzania energii.

Skoro jesteśmy w temacie finansowym... Sporo mówił pan też o kryzysie finansowym sprzed 15 lat. Czy dziś według pana zbieramy tego "owoce"?

- Rzeczywiście powiedziałem, że w połowie września 2008 zbankrutują banki na świecie. Moja wizja spełniła się co do dnia. O tej przepowiedni zrobiło się tak głośno, że nawet zaproszono mnie do programu Puls Biznesu. Redaktor pytał, skąd o tym wiedziałem, skoro nawet analitycy zapowiadali hossę. Wspominam o tej sytuacji, ponieważ w tamtym okresie moja córka dociekała, do czego doprowadzi ten kryzys. Odpowiedziałem, że prędzej czy później - a być może po latach - skończy się to dużą wojną na świecie. "A czy w Polsce też będzie wojna?" - dopytywała. Skupiłem się i powiedziałem, że nie jestem pewny, ale na krótko przed wojną ludzie będą bali się oddychać. Brzmiało to dziwnie... I nagle nastała pandemia. Kazano nam nosić maski i zrozumiałem, że spełnia się człon wizji dotyczący lęku. Narracja związana z koronawirusem była tak głęboka, że praktycznie każdy odczuwał jakiś lęk.

W pana przepowiedniach przewijał się covid?

- Już 2 lata temu na swoim kanale przyznałem, że choć nie rozumiem tego co powiem, to rok 2019 jest ostatnim normalnym, a potem uznamy, że świat zwariował. Czy od 2020 możemy mówić o normalności? Trwająca dwa lata pandemia wyglądała co najmniej dziwnie. Nie przeczę istnieniu covida, jednak narracja i nasilenie informacyjne nie miały w sobie wiele z normalności. Ludzie byli przerażeni - zastanawiam się czy bardziej pandemią czy tą narracją. Nagle pandemia została odwołana - to już ponoć normalna choroba - i mamy wojnę. Zaledwie trzy dni czekaliśmy na zmianę strachu. Trzeba się zastanowić, jakie to ma podłoże. Jeszcze w styczniu nic nie zapowiadało, że pandemia tak szybko będzie odwołana przez ludzi, którzy przed nią tak ostrzegali. A jeszcze przed napaścią Rosji na Ukrainę wiele państw odstąpiło nawet od paszportów covidowych. Czysty zbieg okoliczności, zgadza się?

Koronawirus, wojna, inflacja, drożyzna... Ludzie bombardowani są negatywnymi doświadczeniami, a jednak zagryzają zęby i żyją. Naprawdę uważa pan, że może nastać taka rzeczywistość, w której nie będzie nas stać na chleb?

- Swoim widzom mówiłem już, że czeka nas kryzys tak duży, że nastanie głód. W tych superdobrych czasach wydaje się nam, że bieda jest wtedy, gdy nie stać nas na nowego iPhone'a czy jeździmy stary autem. Mi chodzi o taką biedę, że boli cię brzuch, bo jesteś głodny. Idzie wielki kryzys, który przypomina oranie pola - zastany porządek trzeba wzruszyć i rozwalić, żeby móc obsiać to pole. Przed koronawirusem temat obsługi zadłużenia i reform był omawiany każdego roku. Teraz nie istnieją takie określenia jak "bezpieczeństwo budżetu państwa". Rządy mówią o tarczach, pomocy, nowych ładach; Unia Europejska daje wsparcie, choć Polsce w tej kwestii się na razie nie poszczęściło. Na świecie zapanowała trudna sytuacja, ale proszę bardzo - rozgrzane drukarki produkują kolejne pieniądze. Wydaje się, że to pozorne kontrolowanie sytuacji. A co, jeśli przy tej okazji mamy do czynienia ze zburzeniem obecnego porządku gospodarczo-finansowego - kompletnym resetem gospodarczym i społecznym? Ten bałagan może doprowadzić do sytuacji, w której nie wszystko będzie nam się należało. Nie każdy będzie mógł skorzystać z lekarza, utrzymać to, co posiada, czy kupić rzeczy dziś oczywiste - jak choćby samochód. Już to kiedyś przerabialiśmy.

Rządy mogą chcieć odebrać nam nawet to, co mamy?

- Pozostańmy w temacie samochodów. Coraz trudniej kupić w Polsce nowe auto - trzeba na nie czekać nawet kilka miesięcy. Przyczyna jest ogólnie znana - to brak półprzewodników na rynku. Tłumaczenia były różne. Jeden z ekspertów twierdził, że zaczęło ich brakować z powodu pandemii, kiedy to mnóstwo ludzi chwyciło za elektronikę, a fabryki nie wyrabiają się ze względu na popyt. Ale nie można zwiększyć produkcji; mało tego - trzeba ją zmniejszać. Co z tym zrobić? Zarządy dużych firm powinny wpaść na genialny pomysł: postawić halę i... zacząć produkować półprzewodniki. To nie jest skomplikowana technologia. Mało tego, skoro są takie braki, można na tym nieźle zarobić. Ale mimo kryzysu nikt jakoś na to nie wpadł... Można to żartobliwie porównać do braku okuć okiennych na rynku deweloperskim. Stoją bloki, ale nie można ich oddać do użytku z powodu braku drzwi czy okien. Taka sytuacja nie mogłaby potrwać długo.

Czy pandemia koronawirusa, która dziś wydaje się być w uciszeniu, ma pana zdaniem jeszcze wpływ na świat?

- Na samym początku koronawirusa premier w telewizji powiedział, że rzeczywistość przedpandemiczna minęła, a codzienność po covidzie będzie zupełnie inna. Bardzo mnie to zdziwiło i nie wiedziałem, co Morawiecki ma na myśli. Nasze pokolenie nigdy nie przeżyło pandemii, ale świat odhaczył ich już kilka i zawsze wracał do normalności. A dziś naprawdę mamy inną, gorszą rzeczywistość - inflacja, trudności surowcowe i energetyczne, wojna. Nad światem pojawiła się dziwna zawiesina i sprzeczne strony nie rozmawiają ze sobą, tylko grożą - jak na przykład Rosja bronią atomową. To poważny czas. Do tego w Chinach widzimy cały zamknięty Szanghaj, do w którego rzekomo ponownie wrócił koronawirus. To niedobra zapowiedź jesieni. Wojna, kryzys surowcowy, galopująca inflacja i kolejna - być może najgroźniejsza - fala covida. Dobra mieszanka? Ale bardzo realna. Europejczycy w tej chwili nie patrzą na rządzących w kontekście tego, że jest coraz drożej, panuje chaos i nie wiadomo, czy będzie stać ogrzać mieszkanie na zimę. Ludzie nie oskarżają polityków - wiedzą, że jest pandemia, wojna, więc wszelkie wymówki mają rację bytu. Trzeba się zastanowić, z czym naprawdę mamy do czynienia. Czy to już nie jest pewnego rodzaju przewrót?

Nietrudno zauważyć, że w pandemicznych regulacjach stara się pan zauważyć drugie dno.

- Śmiem zauważyć, że pewne obostrzenia wyglądają mi na szkolenie na okoliczność jakiejś wojny. Użyłem takiego sformułowania, bo dziwiły mnie wytyczne "z góry" - tu możesz być, tam nie możesz wejść, nie wchodź do lasu, już możesz wejść do lasu, nie idź do kina, idź do kościoła. Nauczyliśmy się załatwiać sprawy w niefunkcjonującym urzędzie i leczyć telefonicznie. Wpajano nam, że w domu powinniśmy mieć jakieś zapasy. Nauczono nas musztry. Oczywiście pandemia ma swoje wymogi ochronne, ale to było podejrzane. Wyobraziłem sobie galerię handlową w dużym mieście, przez którą codziennie przewija się kilka tysięcy osób. Każdy wchodząc tam musiał założyć maseczkę. Zdziwiło mnie, że skoro tak o nas dbają, to nie było żadnego obowiązku związanego z tym, co zrobić z maseczką przy wyjściu z takiego mrowiska. Można ją było wyrzucić na chodnik, zostawić na ławce, włożyć w kieszeń i położyć ją na stole obok zakupów. Wirusolodzy nie ostrzegali, że siedliskiem wirusów są maseczki. Nie było możliwości szybkiej utylizacji. Nie pasowało mi to do całości. Ale nie jestem lekarzem i nie mnie oceniać koronawirusa.

Z wielu pana wypowiedzi przebija się też, delikatnie mówiąc, ostrożne podejście do kryptowalut...

- Niejednokrotnie narażałem się ich fanom. Pojawiły się nerwowe komentarze po tym, jak przyznałem, że kryptowaluty wirtualnie spadną i warto być ostrożnym, choć obecnie mogą mieć jeszcze umowną rację bytu. Świat się zmienia - idzie globalny kryzys i nikt nie ma ku temu wątpliwości. Kryptowaluty mają rację bytu w momencie, gdy gospodarka funkcjonuje. Nie ma znaczenia, czy jest zadłużona - bardziej chodzi o porządek i zasady. Teraz wszystko upada i kryptowaluty w mojej ocenie nie są żadnym bezpiecznym przylądkiem. Przedstawiło mi się coś takiego, że dojdzie do tak dużych kryzysów - nie trzeba będzie na to długo czekać - że rządy podejmą działanie szokowe. I zawsze znajdzie się powód, żeby nie mówić, że to właśnie politycy maczają w tym palce.

Do jakich spektakularnych przetasowań może dość?

- W pewnym momencie okaże się, że rządy zawieszą lokalne waluty. Pojawią się karty - nie wiem dlaczego widzę je w czarnym kolorze - na których zbierane będą punkty. Idąc do sklepu będziemy się rozliczać właśnie w ten sposób. Niby wiele się nie zmieni - w końcu teraz też w sklepach płacimy plastikiem. Ale punkty będą miały okres ważności, co jeszcze zwiększy kontrolę państwa w ramach wychodzenia z bardzo głębokiego światowego kryzysu. Pieniądze w bankach zostaną zamrożone na czas nieokreślony. To pierwszy etap społecznej globalizacji. Później dojdzie do próby światowego pokoju, co wiązać się będzie z kolejnymi ustępstwami. Narody zgodzą się na częściowe pozbycie się praw, a nawet suwerenności. Na początku na pewien okres, który stopniowo będzie się wydłużał - aż pewnego dnia obudzimy się w całkowicie innej układance finansowej i społecznej.

Wystarczy na razie tego optymizmu. Wróćmy do wątku pana współpracy z policją. To chyba też dość burzliwa relacja?

- Bywało różnie. Na samym początku lat mojej działalności, kiedy jeszcze pracowałem etatowo, policja potrafiła przyjeżdżać po mnie do roboty nawet kilka razy w tygodniu. W roboczych ciuchach jechałem na komisariat. Ale już w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęła zmieniać się narracja policji, która postanowiła odżegnywać się od współpracy z jasnowidzem. Kilka lat temu Krzysztof Janoszka, wówczas student Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie, a dziś policjant i zarazem współautor mojej ostatniej książki wysłał kilka dokumentów policyjnych z mojej strony do Komendy Głównej Policji z prośbą o potwierdzenie lub zaprzeczenie ich autentyczności. Dostał wymijający list, ale nie dawał za wygraną. Okazało się, że rzeczywiście są papiery na to, że im pomogłem. Ale z drugiej strony nie dziwie się, że policja często nie chce przyznawać się do takiej współpracy.

A jaka jest pana stosunek do religii?

- Mam bardzo specyficzne spojrzenie na życie. Z urodzenia jestem katolikiem - może słabo praktykującym, ale Matka Boska, Pan Jezus i inne świętości wciąż są w mojej głowie. Przez trzydzieści lat oglądania z bliska ludzkich nieszczęść - śmierci, zabójstw, samobójstw - ta cała obserwacja daje mi odpowiedź, że nasze życie jest grą. Wydaje nam się, że jesteśmy materią, tkwimy w materialnym świecie i mamy jedno życie. To nasz największy błąd. Mało kto daje sobie nadzieję na to, że może być którąś z inkarnacji, jest energią i istotą wieczną. Uważam, że narodziny i śmierć nie są niczego początkiem ani końcem. Śmierć jest czymś naturalnym, ale o niej nie rozmawiamy, bo się jej boimy i nie jesteśmy na nią gotowi. Mało tego, uważamy, że umrą wszyscy oprócz nas. Ja nie odbieram tego w kategoriach ostatecznych. To tylko zakończenie pewnego etapu istnienia. Wielokrotnie podczas poszukiwania zaginionych zdarzało się, że te osoby dawały mi impuls. Czułem, że dalej gdzieś są - co prawda nie w ciele, ale ich ego, jestestwo istnieje nadal. Pamięta pan co robił wczoraj?

Praca, muzyka, film. Nic szczególnego.

- Ale były to realne, prawdziwe rzeczy i nie ma pan co do tego wątpliwości?

Czuję podstęp, ale nie, nie mam wątpliwości.

- A ja mam. To całkiem zrozumiałe, ponieważ nie byłem tego świadkiem. Mam zatem prośbę. Skoro to było materialne, niech mnie pan weźmie za rękę i zaprowadzi do poprzedniego dnia. Jest to możliwe? Chcę pospacerować i zobaczyć, co pan robił. Każda chwila to pana śmierć tej chwili. Nie zmienimy swojej przeszłości, która umarła. Jesteśmy czynami przemijającymi, nośnikiem i zlepkiem informacji. Jak inaczej traktować tę rzeczywistość, skoro atom w ponad 99% jest pusty, a wszystko składa się z atomów. To wirtualny świat?

To chyba zależy od tego, co rozumiemy przez słowo "wirtualne". Nasze życia naprawdę są jak scenariusz gry komputerowej?

- Czy wszechświat istniałby nadal, nawet gdyby nie było w nim jednego zrozumienia ego czy logiki? Naszą potęgą jest nieograniczona jaźń. To fantazja, ale dzięki niej powstaje sztuka - obrazy, książki, a nawet ten wywiad. Wszystko co robimy, robimy dla informacji, którą jesteśmy. Jeżeli żyjemy w grze, to czy gra jest przewidywalna? I tak i nie. Grając w "Wiedźmina" nie wiemy, jak skończy się fabuła i wydaje nam się, że mamy wiele dróg do wyboru. Scenariusz jest tak napisany, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego celu, tylko z innymi przygodami. Każda gra ma swoje przeznaczenie - podobnie jak życie. Nie na wszystko mamy wpływ. Pewnie rzeczy można poczuć, ponieważ istniejemy dosłownie w pewnym Matrixie. Wiem, że wiele osób czytających te słowa powie, że jestem szalony. Ale do takich wniosków doszedłem po wydarzeniach, które przeżyłem i które samego mnie mocno zdziwiły. Życie jest napisaną książką, scenariuszem który odgrywamy. Ludzie często mają déjà vu. To dziwne uczucie to odklejone rzeczy, które przypominają się w naszej jaźni.

Wiele osób po słowach o inkarnacjach czy Matrixie rzeczywiście pewnie tylko kpiąco się uśmiecha...

- Ale żaden sceptyk nie ma dowodu na to, że życie po śmierci nie istnieje. To tylko domniemanie. Ciało ulega rozkładowi, ale nasze ja - czyli myśl, pamięć - żyje. Świat wygląda tak, jak ustawimy jego granice. Mam jeszcze jedno, może dziwne, pytanie. Czy pan w swoim życiu już umarł?

W jakimś sensie na pewno. Umarł we mnie chociażby pełen ideałów małolat.

- Ale pewnie nie powie pan, że umarł dosłownie. A przecież nie pamięta pan czasu, kiedy nie oddychał ustami i żył w ludzkim brzuchu. Narodziny to też śmierć. W brzuchu mamy było ciepło i bezpiecznie, a jednak jakaś siła wypchnęła pana na ten świat. Może umieranie ciała to droga do życia jako energia? Dusza jest tym, co skumulowane w pamięci. A może to czyściec? Musimy w końcu przejść pewną drogę i jesteśmy narażeni na różne pokusy. Choć pewien prokurator na taką tezę bez mrugnięcia okiem rzucił tylko: "My żyjemy w piekle".

Jakub Żulczyk przyznał, że podczas pisania nie wierzy w wenę. A czy pan do pracy potrzebuje konkretnych okoliczności i musi wprowadzać się w jakiś specjalny stan, czy może da się w sobie wzbudzić wizje nawet w niesprzyjających, codziennych okolicznościach?

- Wiele spraw - nawet tych głośnych kryminalnych - udało mi się wyjaśnić właśnie w chwili chaosu pozwalającego dać poczucie. W przypadku policjanta podczas śledztwa najważniejsze jest myślenie: zbieranie faktów i dowodów, przesłuchiwanie ludzi i wyciąganie wniosków na tej podstawie. W moim przypadku jest zupełnie odwrotnie. Jeżeli dostanę zdjęcie czy rzecz osoby zaginionej, zostaję z nimi sam w pokoju. Wącham je, trzymam blisko czoła. Wydaje mi się, że wciągam coś czołem z tego przedmiotu. I czekam. Najpierw pojawiają się różne logiczne myśli, ale wizja przychodzi sama. Pach! Jedno poczucie. To jest cały sens.

Da się nauczyć jasnowidzenia?

- Jasnowidzenie jest rzeczą realną, bardzo osobistym doznaniem. Ma je każdy z nas. To możliwość w naszej psychice. Człowiek może być telepatą i nie tylko widzieć i słyszeć, ale i czuć myślą. Kilka razy próbowałem wprowadzić różne osoby w taki stan. W niektórych przypadkach byłem bardzo zaskoczony. Do jasnowidzenia bardzo nadają się dzieci - może przez to, że nie stawiają sobie ograniczeń myślowych i uważają, że to możliwe, choćby w formie zabawy. To jak patrzenie - wzrok nie dotyka przedmiotu, tylko odbiera fale następnie przetwarzane przez mózg.

Często zdarza się, że pana wizje są błędne?

- Oczywiście, że zdarzają się takie sytuacje. To naturalne. Czy policjant śledczy wyjaśnia wszystkie sprawy w trakcie swojej kariery? Ale przez tych trzydzieści lat wyjaśniłem kilkaset spraw, więc mój bilans w tej kwestii jest znacząco na plus.

Trudno zweryfikować przeróżne metafizyczne kwestie. Z pewnością niejedna osoba z ludzkiej naiwności zrobiła sobie niezły sposób na życie. Jak pan odpowiada na zarzuty o szarlatanerię?

- Wiele osób mieni się jasnowidzem, tarocistą, chiromantą, astrologiem czy wróżką. Daleko mi do jakiejkolwiek pychy, ale na mojej stronie znajduje się opis wielu spraw kryminalnych. Często podane są tam dane osobowe ludzi zaginionych, którzy przecież mieli rodziny; tymi sprawami zajmowała się też policja. Jeżeli pojawiałyby się kolejne artykuły z fake newsami, rodzina i policja zrobiłaby larum, a ja w końcu trafiłbym do więzienia. Mam prawie 60 lat i nie mam czasu na zabawę czy opowiadanie bzdur. Rozmawiam szczerze i prawdziwie.

Na początku wywiadu nawiązał pan do swoich wizyt w Japonii. No to na zakończenie, po dawce mało optymistycznych rozważań, wróćmy do tematu podróżniczego. Wyprawa życia?

- Dzięki jasnowidzeniu zobaczyłem kawałek świata. Miałem wiele miłych i sympatycznych sytuacji. Wyjazd do Japonii był także niesamowitą przygodą. Już sam początek tej historii był zabawny. Zadzwonił do mnie jakiś człowiek mówiąc, że japońska telewizja chce przyjechać do Człuchowa sprawdzić moje zdolności. Uznałem, że ktoś robi sobie żarty, ale postanowiłem zagrać w tę grę i po chwili rozmowy umówiliśmy się na przyszły tydzień. Jakie było moje zdziwienie, gdy kilka dni później podczas powrotu z zakupów pod moim blokiem zastałem telewizyjną ekipę. To byli Japończycy! Zaprosiłem ich do domu, pochwalili moje przestronne mieszkanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że... mieszkałem z dwójką dzieci w wąziutkim, dwupokojowym mieszkaniu w bloku. Myślałem, że ktoś robi sobie ze mnie żarty. Dopiero po wizycie w Kraju Kwitnącej Wiśni zrozumiałem, że na ich standardy ten metraż naprawdę mógł robić wrażenie. (śmiech) Po wymianie uprzejmości nadszedł czas na weryfikację moich umiejętności - od tego w końcu zależało, czy polecę do Japonii. Dano mi zdjęcie młodej dziewczyny. "Co się panu z nią kojarzy?" - pytali. Kamery rozstawione, cisza, nagranie... Skupiłem się i po piętnastu minutach zacząłem opowiadać to, co widzę. Szef programowy nagle przerwał nagrywanie. Okazało się, że idę w dobrym kierunku, a rozwiązania sprawy będę próbował dociec w Japonii. Dzień później byłem w samolocie. Przez dwa tygodnie pracowałem nad sprawą, co potem transmitowane było w studiu na żywo z ekspertami i policjantami. Byłem też zdziwiony ich podejściem do spraw paranormalnych. Zawsze mi się wydawało, że Japończycy to wychowani na technologii realiści, a tymczasem okazali się niezwykle otwarci na świat paranormalny.

Zobacz też:

Marta Warchoł atakuje seniora-homofoba. "To się nie uda. Nie zasprejujecie nas"

Roxie Węgiel pozuje pod prysznicem. Po nieśmiałej nastolatce nie ma już śladu

Barbara Kurdej-Szatan traci kolejną pracę? Wszyscy się od niej odwracają

pomponik.pl
Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Jackowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy