Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Hanna Gucwińska i Antoni Gucwiński przeżyli utratę pracy. Wyrzucili ich z dnia na dzień

Hanna i Antoni Gucwińscy (85 l.) poświęcili zwierzętom całe swoje życie. Przez ponad 30 lat prowadzili program telewizyjny "Z kamerą wśród zwierząt". Dziś żyją samotnie w domu niedaleko zoo, a mieszkańcy Wrocławia wciąż podrzucają im zagubione zwierzaki. Nadal nie pogodzili się z tym, jak zostali potraktowani przez władze miasta.

Do wrocławskiego ogrodu zoologicznego trafili w ramach praktyk w 1956 r. Oboje byli studentami zootechniki; ona przyjechała z Olsztyna, on - z Krakowa. Po raz pierwszy spotkali się przy... nenufarach. Ale nie tak romantycznie, jak w słynnej scenie z filmu "Noce i dnie", tylko przy sadzeniu roślin, po kolana w błocie.

Reklama

Po zakończeniu praktyk wrócili na uczelnie, by obronić dyplomy. Później pani Hanna prowadziła gabinet zoologiczny z Olsztynie, tańczyła w zespole ludowym Kortowo i spotykała się z największym przystojniakiem tamtejszej Akademii Rolniczej. Niestety, studiował rybołówstwo, chciał zamieszkać na Helu, a ona nie miała zamiaru wyjeżdżać nad morze.

Po kilku miesiącach i Hanna, i Antoni zostali powiadomieni, że we Wrocławiu są dla nich etaty. On zdecydował się od razu.

"Przyjechałem do Wrocławia 8 marca 1957 r. Na drugi dzień zgłosiłem się do dyrektora, nie pytałem za ile, nie pytałem, gdzie będę mieszkał" - wspominał. Ona jeszcze się zastanawiała, ale... "Dostałam list od Antoniego. Prosił, żebym wracała do Wrocławia. No i wróciłam".

Przydzielono im służbowe mieszkania w małym domku na terenie zoo - jej na pięterku, jemu na parterze. "I to nas zgubiło" - przyznaje pan Antoni, choć jednocześnie dodaje, że nic ich wtedy jeszcze nie łączyło, no może oprócz... wspólnej pralki.

Potem doszedł do niej jeszcze komplet mebli, "ale taki, żeby potem można było podzielić!" - tłumaczy pani Hanna. "W sumie tak pięć lat chodziliśmy wkoło siebie".

Ślub odbył się w 1962 r. Omal nie zapomnieli o uroczystości, bo dzień wcześniej do późnego wieczora próbowali schwytać młodego, pokaleczonego jelenia, który biegał jak oszalały po podmiejskich działkach. Potem trzeba go było jeszcze wywieźć do lasu pod Oleśnicą. Wrócili do domu tak zmęczeni, że nie mieli nawet siły zrobić zakupów. W efekcie na weselnych gości czekało zaledwie pół butelki ajerkoniaku.

Na szczęście uroczystość była skromna - tylko państwo młodzi i świadkowie. Z pierwszych zaoszczędzonych pieniędzy pan Antoni kupił motocykl MZ, którym wraz z żoną zwiedzali Dolny Śląsk. Wiele razy w tych romantycznych podróżach towarzyszyły im dwa małe tygrysiątka. W zoo nie miał się kto nimi zaopiekować, a wymagały karmienia smoczkiem co 4 godziny. Poznawały uroki regionu w umieszczonych po obu stronach motocykla sakwach w towarzystwie butelek z mlekiem.

Ta znajomość przydała im się niespodziewanie po kilku latach, gdy na wybieg dorosłych już tygrysów wdarła się młoda, naga kobieta pod wpływem narkotyków. Gucwińscy przypomnieli sobie wtedy, że za młodu zwierzaki śmiertelnie bały się szufelki i miotły. Ze sprzętem do sprzątania w rękach udało im się odwrócić uwagę drapieżników na tyle, że niedoszłą samobójczynię bezpiecznie wyprowadzono z wybiegu.

Jerzyki jak kanapki

Kiedy kilka lat później dyrektor zoo przeszedł na emeryturę, 34-letni Antoni Gucwiński przejął jego obowiązki. Razem z żoną mozolnie podciągali zaniedbaną placówkę do europejskiego poziomu. Jako pierwsi sprowadzili do Polski goryle. Założyli hodowlę żyraf, dochowali się kolekcji gadów i antylop. Specjalizowali się w gatunkach trudnych do hodowli w niewoli, jak biały tygrys bengalski czy gibbony. Wychowywane przez nich okazy trafiały do ogrodów całego świata.

"Wizytowaliśmy kiedyś zoo w Amsterdamie i nasz tygrys nas poznał, po trzech latach. Zareagował na zawołanie 'kici, kici', przybiegł do kraty, merdając ogonem" - wspominał Antoni Gucwiński. Dużo podróżowali. Ze swoich wypraw przywozili nowe rośliny i nowe zwierzęta. Zdarzył się też transport w drugą stronę.

Pani Hanna wywiozła z Polski w kieszeni płaszcza... dwa jerzyki, które nie zdołały odlecieć na zimę do południowej Afryki. W Polsce groziła im pewna śmierć, a oni akurat jechali tam na kongres naukowy.

"Pozawijaliśmy je w papier kanapkowy i żadna bramka na lotnisku ich nie wykryła. Cztery tygodnie przed tymi, co same do Afryki poleciały, były na miejscu" - wspominała.

W basenie hipopotama

Nie dzielili swojego życia na dom i ogród, bo to ogród był ich domem. Nie mieli dzieci, mieszkali na terenie zoo. Dwa przystanki dalej budowali dom - własnymi siłami, przez 20 lat. Prawdziwą popularność zdobyli dzięki telewizji. Do autorskich występów przekonał ich dziennikarz i podróżnik Ryszard Badowski, który czasami nagrywał swój "Klub sześciu kontynentów" w ich zoo. On też wymyślił nazwę programu: "Z kamerą wśród zwierząt".

Pierwszy odcinek nadano na żywo 17 stycznia 1971 r. ze służbowego mieszkania Gucwińskich, a jego bohaterami były młody struś i stadko kajmanów. Struś tak się wystraszył, że przez cały program siedział sztywno na kanapie, a rozbawione kajmany przegryzły dno plastikowego basenu i domowe studio zalała woda. Wpadki z udziałem mieszkańców zoo były zresztą jedną z atrakcji programu, nie zawsze zabawnych.

"Kiedyś dostaliśmy ładnie wydany album z materiałami z VII Zjazdu PZPR. Kamera poszła w ruch, a nasz orangutan niespodziewanie wyjął akurat tę książkę z regału i zaczął jak szalony drzeć kartki. Małżonka próbowała wyrwać mu album, ale złośliwa małpa za nic nie chciała jej oddać. Myślałem, że padnę na zawał" - opowiadał w jednym z wywiadów Antoni Gucwiński.

Niekiedy telewidzowie interpretowali ich programy na własny sposób. Kiedyś w czasie wieczornego obchodu pan Antoni zauważył, że w basenie dla hipopotamów ktoś się kąpie z trzytonowym zwierzęciem. Gdy zaczął krzyczeć, usłyszał w odpowiedzi: "Czego pan mordę drzesz? Sam żeś pan mówił, że są roślinożerne".

Przez ponad 30 lat Hanna i Antoni Gucwińscy nakręcili ponad 750 odcinków "Z kamerą wśród zwierząt". Tylko raz nie ukazał się zaplanowany odcinek. "To były lata 80., pokazywaliśmy bociany i powiedzieliśmy, że mimo iż mają czerwone nogi i czerwone dzioby, to mogą latać tam, gdzie chcą. I to nie spodobało się cenzurze" - wspominają Gucwińscy.

Ich program został zdjęty z anteny w 2001 r. z powodu kampanii wyborczej pani Hanny (dostała się do Sejmu z ramienia SLD-UP). Gdy później chcieli wrócić na ekrany, usłyszeli, że formuła "Z kamerą wśród zwierząt" się przeżyła i że "trzeba umieć odejść we właściwym czasie".

Wyrzucili nas z mieszkania

Z wrocławskim zoo rozstali się w niemiłych okolicznościach. Gucwiński został oskarżony przez fundację "Viva! Akcja dla zwierząt" o znęcanie się nad niedźwiedziem Mago.

W 1991 r. pan Antoni ocalił to wychowane w Tatrach zwierzę przed uśpieniem i przyjął pod dach swojego zoo. Gdy jednak samiec okazał się agresywny, zdecydował o odseparowaniu go. Mago przez 10 lat był przetrzymywany w izolacji, co stało się przyczyną interwencji fundacji.

Sąd ostatecznie uznał, że pan Antoni był winny, ale odstąpił od wymierzenia kary. Nakazał tylko wpłatę 1000 zł na Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami.

W 2006 r. stracili pracę. Wrocławskiemu zoo poświęcili 49 lat życia. "Zima i mróz, a my pakujemy się w pośpiechu, bo od razu wyrzucili nas z mieszkania" - wspominała ten dzień Hanna Gucwińska. "Błędem było to, że człowiek traktował ogród jako swoje życiowe dzieło. Trzeba było czasem odpuścić i może inaczej się ustawić" - dodawał rozgoryczony pan Antoni.

Dziś od zoo oboje starają się trzymać z daleka.

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje