Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gayga przez całe życie była drapieżna i ostra. Zmieniła ją dopiero choroba nowotworowa

Gayga (†56 l.) - jedna z barwniejszych gwiazd szarego PRL-u. Śpiewała, że ma 100 twarzy, nienawidziła nudy, występowała z przypiętą na piersi kartką na mięso lub w obroży z rozerwanym łańcuchem, co było symbolem buntu przeciw zniewoleniu. Złagodniała dopiero pod koniec życia, kiedy przyszła choroba.

Starannie dobierała muzykę, komponowała, szukała odważnych tekstów. Nie chciała śpiewać o banałach z gatunku: "tak mi żal, że nie ma cię ze mną", ale o trudnych uczuciach i prawdziwych problemach młodzieży.

Reklama

- Długo szukałam swojego estradowego wizerunku, odmiennego od innych piosenkarek. Nie dlatego, że ich nie lubiłam, ale chciałam być niepowtarzalna na estradzie! - tłumaczyła Krystyna Stolarska, znana jako Gayga.

Artystyczną drogę zaczęła w rodzinnym Będzinie. Zawsze z dumą podkreślała pochodzenie z miasta, gdzie wznosi się jeden z najpiękniejszych polskich zamków obronnych z czasów Kazimierza Wielkiego.

W Katowicach ukończyła średnią szkołę muzyczną w klasie skrzypiec. Obroniła też dyplom na wydziale pedagogiki Uniwersytetu Śląskiego. Jako studentka zaczęła występować w zespołach Amazonki i Pro Contra. W 1976 roku na festiwalu w Opolu zadebiutowała jako solistka piosenką "Miłosennie". Publiczność zobaczyła ładną dziewczynę, z długimi włosami i bardzo skromnie ubraną, trochę jak uczennica na szkolnej akademii. Szalona Gayga miała się dopiero narodzić.

Trafiłam do raju

Na początku 1980 roku piosenkarka wyjechała do USA. Od pierwszych chwil pobytu zachłysnęła się amerykańskim stylem życia, dla nas wtedy egzotycznym. Podobały się jej nawet drobiazgi. Już na lotnisku w Nowym Jorku nie mogła oderwać wzroku od dostępnych u nas tylko w Pewexie słodyczy, które uwielbiała: snickersów i marsów.

- Czułam się, jakbym trafiłam do raju - pisała w listach do rodziny. Koncertowała tam, gdzie zapraszała ją amerykańska Polonia. Na estradzie często pojawiała się w towarzystwie Krzysztofa Krawczyka i Jerzego Połomskiego. Zaśpiewała na słynnym koncercie poparcia dla "Solidarności", który był transmitowany w całej Ameryce.

Po roku zaczęła jednak tęsknić za Polską. Spojrzała też chłodnym okiem na swoje szanse jako piosenkarki w USA. Zrozumiała, że kariery artystycznej za oceanem nie zrobi, bo amerykańska scena muzyczna nie potrzebuje nikogo ze wschodniej Europy, a Polonia to mała grupa odbiorców, o którą rywalizuje wielu artystów. Nawet ci, którzy byli tak popularni w Polsce, jak Krawczyk, nie mogli się utrzymać z występów.

Nie skusiły jej propozycje muzycznych klubów, z których dostała oferty występowania jako solistka w chórkach. Nie chciała być dla kogoś muzycznym tłem i anonimowym głosem.

- W USA trzeba mieć wielkie pieniądze, żeby się przebić i zaistnieć pod swoim nazwiskiem. Musiałabym płacić za choreografię, muzyków, reklamę i agentów. Z czego? - mówiła.

Nigdy jednak nie żałowała czasu spędzonego w USA. Tam, słuchając młodzieżowych zespołów, zrozumiała, jaka muzyka wyraża jej emocje. Nabrała artystycznej pewności siebie i była gotowa do muzycznej przemiany. Wróciła do Polski i w 1982 roku zaczęła występować pod pseudonimem Gayga.

Tak nazwali ją przyjaciele, ponieważ świetnie grała na skrzypcach, a po niemiecku ten instrument to "Geige". - Nazwisko Stolarska to coś bardzo prozaicznego, banalnego. A ja chcę, żeby już sam pseudonim był dla publiczności jakimś sygnałem, hasłem, przesłaniem... - mówiła.

Widz musi czuć się doceniony

W audycji "Lato z radiem" zareklamowano ją jako dziewczynę - tęczę, która ma włosy w dziesięciu kolorach! Jej teksty były "niegrzeczne", a stroje "odlotowe". Na scenie pojawiała się w obcisłych koszulkach, lśniących leginsach, różowych futerkach, spódniczkach z metalowymi sprzączkami, getrach w paski.

- Zawsze chciała być na estradzie oryginalna, mówiła, że w koktajlowej sukience to może pójść na dancing, a estrada wymaga tego, żeby widz poczuł się doceniany - wspomina Janusz Wegiera, autor tekstów Gaygi.

Lubiła kpić z rzeczywistości stanu wojennego. Kiedyś występowała z przypiętą na piersi kartką na mięso. Innym razem śpiewała z obrożą z rozerwanym łańcuchem, co było symbolem buntu przeciw zniewoleniu. Wiedziała, jak podgrzać atmosferę na widowni.

- Moi fani też przyjeżdżali na koncerty w obrożach i mieli kłopoty z tego powodu. Milicja atakowała ich pałkami! - wspominała. Podróżowała do najdalszych zakątków świata, żeby szukać inspiracji. Występowała w Mongolii, Wietnamie i Maroku. Publiczność przyjmowała ją gorąco, jako gościa z egzotycznego świata.

Efektem wypraw była jej ostatnia płyta "Dziennik mojej podróży". W sumie nagrała ich osiem.

Niespodziewanie zniknęła ze sceny na 10 lat, żeby powrócić w 2006 roku w nowym wcieleniu. Zrezygnowała z drapieżnego wizerunku i buntowniczych tekstów. Występowała pod pseudonimem McDiva.

Dziś wiadomo, że zmienił ją początek długiej i ciężkiej choroby nowotworowej. Walczyła z nią dzielnie. Eksperymenty z taneczną muzyką były odskocznią od uciążliwych terapii i niewesołych myśli. Podczas choroby lgnęła do znajomych, którzy zapamiętali ją jako osobę zawsze uśmiechniętą, otwartą, chętną do pomocy potrzebującym.

Trochę żałowała, że zaniedbała rodzinne życie w okresie, kiedy muzyka była dla niej najważniejsza. Była jednak szczęśliwą żoną Wiktora Stolarskiego, operatora filmowego. Ubolewała, że nie miała dzieci, swoje uczucia przelewała na siostrzenicę Dorotę Garbulińską. Krystyna Stolarska zmarła 30 lipca 2010 roku w swoim domu w Siemianowicach. Wielbiciele jej talentu wciąż ją wspominają...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje