Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ewa Kłobukowska: Fałszywe oskarżenia zniszczyły jej karierę

Była najlepsza, światowe media wróżyły jej fantastyczną przyszłość. Padła jednak ofiarą politycznej zemsty i zakulisowych rozgrywek. Do tego w szpitalu zarażono ją żółtaczką.

Ewa nie marzyła o sporcie, chciała być księgową. Po podwórku Technikum Ekonomicznego w podwarszawskich Włochach, które wybrała, przechadzały się kury, WF odbywał się w zwykłej klasie, ale wychowawczyni Ewy to nie zniechęcało. "Urządziła nam sprawdzian biegowy. Oglądałam tylko pięty Ewy" - wspominała koleżanka przyszłej mistrzyni.

Reklama

Na treningi w stołecznej Skrze nauczycielka woziła Ewę osobiście. Tu młodą biegaczkę przechwycił trener Andrzej Piotrowski, działający pod auspicjami Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Wśród jego podopiecznych były już Teresa Ciepły i Maria Piątkowska, wkrótce dołączyła Irena Kirszenstein (Szewińska) i na razie nic nie wskazywało, że to Ewa poprowadzi je do zwycięstwa w Tokio.

Olimpiada majaczyła gdzieś na horyzoncie, ale Kłobukowska zaczynała późno, brakowało jej techniki. Miała za to tzw. warunki. "Weszła do naszej grupy jak słoneczko, taka miła, wesoła i koleżeńska. Miała wrodzone cechy, szybkość, wytrzymałość, siła, wzrost, długość kroku" - wspominała Piątkowska. Na zgrupowaniach były zabawy biegowe: "zima, mróz, śnieg, a my w trampkach wskakiwałyśmy do potoku, bo po co było go omijać, skoro i tak nogi były mokre z wysiłku, a w trampkach chlupotał pot".

Z Ireną były bardziej przyjaciółkami niż konkurentkami, dopingowały się nawzajem. "Dzięki rywalizacji zrobiłyśmy szybkie postępy, poprawiałyśmy wyniki" - wspominała Szewińska. Zaczęły odnosić sukcesy, ale komentatorzy wytykali im niezborność ruchów, słabość techniki. Nie zawsze dopisywało też szczęście: przed Tokio Ewa zerwała mięsień podudzia, potem zaliczyła pęknięcie kości śródstopia. Do sprintów przygotowywała się więc na rowerze, i długo nie mogła wrócić do podstawowego składu sztafety.

W końcu w Memoriale Kusocińskiego ’64 na ostatniej prostej odrobiła 5 metrów straty do drugich Angielek, doprowadzając stadion X-lecia do spazmów: dwa medale dla Polski w tym samym biegu. 3 miesiące później na Mistrzostwach Europy w Budapeszcie zdobędzie złoty medal i rekord Europy w sztafecie, to samo indywidualnie w biegu na 100 m. Podwójny wyczyn poprawi chwilę później w Łodzi - znów sukces indywidualny, a w sztafecie rekord świata i, co wtedy najważniejsze, tryumf nad reprezentacją RFN.

18. urodziny świętowała w samolocie do Tokio. Nocny lot i różnica czasu między Polską a Japonią następnego dnia zaowocowały 5-minutowym spóźnieniem na śniadanie. "Mówiłyśmy o nocnym przylocie, obiecywałyśmy szybko zjeść. Japończycy ukłonili się, ale... nas nie wpuścili" - śmiała się Szewińska.

Kłobukowska rozumiała azjatycką dyscyplinę, bo sama wyznawała podobne zasady: zadbała, by gdy jej nie będzie, szkolne koleżanki prowadziły jej zeszyty. W kronice technikum jest widokówka przysłana przez Ewę z olimpiady oraz kilka wpisów na jej temat. Jeden wspomina o brązowym medalu na 100 m, drugi - o złotym dla polskiej sztafety i nowym rekordzie świata. Polska prasa piała z zachwytu, po powrocie biegaczkę wyściskał sam Cyrankiewicz. Tłumy przychodziły, by popatrzeć na trening.

"Setki ludzi. Przychodzili, siadali na trybunach i podziwiali" - opowiadał radiowiec Leszek Skinder. Szaleństwo sięgnęło zenitu po sukcesie duetu K&K w Pradze w 1965 r. Kłobukowska i Kirszenstein, mimo deszczu i zimna, wpadły na metę w tym samym czasie 11,1 sek., znów bijąc rekord świata. Wygraną Ewy ogłoszono po analizie zapisu fotokomórki, na zgrupowaniu w Spale na obie czekała brama tryumfalna, ciasta i naręcza goździków od trenerów.

Dziewczyny odwdzięczyły się na ME w Budapeszcie: Kłobukowska w niemożliwej szarży odrobiła kilka metrów straty i przedarła się z 4. na 1. miejsce, zdobyła też indywidualnie złoto na 100 i srebro na 200 m. Teresa Kownacka-Leśniewska, koleżanka ze Skry, wspomina: "Gdy poszliśmy na dworzec, by powitać ją, cała rozpromieniona opowiadała: »Żebyście wiedzieli, w jakim tłoku jechałyśmy! Ale zobaczyła nas starsza pani i powiedziała, żeby zrobić miejsce, bo moje nogi są na wagę złota«. Cieszyła się jak dziecko".

Działacze nosili ją na rękach. By mogła wziąć udział w zawodach w Chorzowie (gdzie pobiła rekord Polski na 200 m), na które jechała prosto z egzaminów na warszawską SGPiS (zdała świetnie), wojsko podstawiło samolot. Prasa amerykańska typowała ją na światową faworytkę na następne 7-8 lat. Być może to właśnie te prognozy przyczyniły się do zrujnowania kariery biegaczki.

W 1967 r. w 50. w rocznicę Rewolucji Październikowej, w Kijowie zorganizowano Puchar Europy. "Siedzieliśmy na trybunach i czekaliśmy, czy Ewa wyjdzie na start. Nie wyszła" - wspominała Leśniewska. Niespodziewanie pojawiła się wiadomość o dożywotniej dyskwalifikacji polskiej zawodniczki czy też o jej "dobrowolnej rezygnacji z kariery", niebawem dołączono informację o anulowaniu jej rekordów na podstawie "niejasnego statusu płci". Wszyscy byli w szoku.

Później okazało się, że na wniosek radzieckich i NRD-owskich działaczy poddano Polki tzw. testowi płci (ponoć w odwecie za polskie poparcie dla testów płci przed ME w Budapeszcie’66, na podstawie których wyeliminowano zawodniczki ZSRR). "To było ohydne. Zostałyśmy powiadomione, że mamy przejść badania ginekologiczne. Tylko my!" - nie kryje oburzenia płotkarka Teresa Sukniewicz.

Na podstawie próbek nabłonka z jamy ustnej badano układ chromosomów, XX przyjęto za kobiecy, a XY za męski. Kłobukowska miała XXY, co zinterpretowano na jej niekorzyść. O braku precyzji tej metody wypowiadali się genetycy na całym świecie, już w następnym roku zresztą na międzynarodowych zawodach stosowano inną metodę, wedle której płeć Kłobukowskiej nie budziłaby zastrzeżeń.

Rosjan to jednak nie obchodziło, faworytka została wyeliminowana. Pani Ewa nie doczekała się rehabilitacji do dziś. Polscy działacze nie protestowali, zawodniczki nikt nie informował o przebiegu sprawy. "Czekała na spakowanych walizkach na kolejne zawody, ale z PZLA nikt nawet nie zadzwonił, aby jej o wszystkim powiedzieć. Stała się nagle niepotrzebna, taka kula u nogi. A dla niej sport był wszystkim - mówiła w 1989 r. Leśniewska.

- Jej ojciec pracował w budownictwie i prostacy jej dokuczali. Do niej również dzwonili i dlatego jej numer telefonu jest zastrzeżony. Drzwi do jej mieszkania są wygłuszone, obite skórą, zabezpieczone w cały system zamków. Jakby chciała się odgrodzić...". Sportsmenka nigdy nie skomentowała decyzji MKOl.

Po dyskwalifikacji Ewa Kłobukowska ukończyła studia ekonomiczne i kilkadziesiąt lat przepracowała jako księgowa, w tym sporą część na placówkach w Czechosłowacji. Nie wyszła za mąż i nie założyła rodziny, choć badania wykazały, że mogłaby mieć dzieci. Jakby krzywd było mało, 20 lat temu w szpitalu zarażono ją żółtaczką, niedawno musiała przejść przeszczep wątroby.

"Na razie czuję się dobrze, ale muszę bardzo na siebie uważać. Jestem już od dłuższego czasu emerytką, osiedliłam się na Bemowie, gdzie mam parę kroków do lasu" - mówiła w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego". Nie chce wracać do przeszłości, rzadko pojawia się w dawnym towarzystwie. Wyjątkiem jest Irena Szewińska. "Lubiłyśmy się z Ewą, byłyśmy i jesteśmy przyjaciółkami, nasze kontakty wciąż trwają. Nie rozmawiamy jednak o przeszłości, lecz mówimy raczej o aktualnych sprawach" - przyznaje pani Irena.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje