Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Barbara Krafftówna: Jak to słyszę, łapię się za głowę i chce mi się wyć

Barbara Krafftówna nie akceptuje nowych wersji piosenek Kabaretu Starszych Panów, z którym związana była przez długie lata. Artystka twierdzi, że powinny one być "nietykalnym dziedzictwem epokowym". "Wara od przeróbek" - mówi.

Pani koleżanka aktorka, 101-letnia Danuta Szaflarska, zwykła powtarzać, że człowiek nie ma nic wspólnego ze swoim wiekiem. Po pani też wieku jakoś nie widać - wciąż pełna energii i w doskonałej formie.

Reklama

- No tak, bo skończyłam 87 lat. Do tej pory noszę na plecach tylko jednego bałwanka, ale w tym roku w grudniu dojdzie drugi, więc jest co dźwigać. Co dwa bałwanki to nie jeden! Mało tego, wszelkie krętactwa już odpadają, bo dopóki się człowiek do drugiego bałwanka nie dopchnie, to może sobie jeszcze przestawić przód do tyłu. Nie ma co, przeżyłam już dwie siekierki (77 lat), do przeżycia dwa bałwanki (88 lat), po nich jeszcze trzy kaktusy, czyli 111 lat.

Można powiedzieć, że najlepszym prezentem urodzinowym była dla pani książka "Krafftówna w krainie czarów", stworzona "wespół w zespół" z Remigiuszem Grzelą.

- Śliczny tytuł wymyślił Remigiusz Grzela - to sukces jego pióra - bo mnie "czary" w życiu moim nie omijają. Dzieją się rzeczy dziwne, irracjonalne, niesamowicie atrakcyjne, tak że wszyscy się dziwią, łącznie ze mną.

Przypuszczam, że jedną z takich historii był Kabaret Starszych Panów, w którym wyczarowaliście państwo cudowną atmosferę, piosenki, stroje...

- Wszystko da się zrobić, wystarczy wyobraźnia. Jak potrzebne były sztuczkowe spodnie, a nie było takiego materiału, to się malowało paski na normalnych spodniach, które doskonale udawały sztuczkowy materiał. Taka sztuczka!

Kabaret Starszych Panów był nie tylko azylem dla wyobraźni, ale i kuźnią humoru, dowcipu czy absurdu.

- Gimnastykowanie mózgu odbywało się nieustannie. Żarty rodziły się w różnych sytuacjach. Czasem powodem była na przykład propozycja kostiumowa. Pamiętam duet z Wiesławem Michnikowskim. On grał Dzikiego Człowieka. W narzuconych na goły tors skórach zwierzęcych śpiewał: "Pani mnie oswoi, Madame". Tańczyliśmy tango, ja w obcisłym stroju kobiety-węża. Nasza kostiumolog Alicja Wirthowa (żona Jeremiego Przybory - przyp. red.) postanowiła jeszcze bardziej wyeksponować mój biust, który i tak był duży. Modelarnia zrobiła więc potężny biust z pianki. Jak go zobaczyłam, zaproponowałam Alicji, że biust, owszem, mogę sobie powiększyć, ale te dwa balony z pianki, biorę na tiurniurę, czyli na pupę. Zgodziła się. Dzięki temu wyglądałam jak litera S - z przodu wypukłe i z tyłu też wypukłe. Taki żart.

Prócz Michnikowskiego partnerowali pani również tak znakomici artyści, jak Mieczysław Czechowicz, Bronisław Pawlik czy Bohdan Łazuka.

- Fenomenalni partnerzy - doskonali, niezawodni. To było coś więcej niż zwykłe partnerstwo zawodowe, łączyło nas wszystkich niesamowite porozumienie artystyczne.

Większość piosenek z Kabaretu Starszych Panów to hity, podśpiewywane przez kolejne pokolenia. "Przeklnij mnie", "W czasie deszczu dzieci się nudzą", "Ubóstwiam drakę" - żeby wymienić tylko niektóre w pani wykonaniu...

- To dobrze, że następne pokolenia chcą wykonywać te utwory, ale nie zgadzam się na przeróbki. Wyć mi się chce, kiedy słyszę, jak nutki są pozmieniane. To niedopuszczalne! Wszelkie materiały muzyczne i tekstowe z Kabaretu powinny być nietykalnym dziedzictwem epokowym. Wara od przeróbek!

Czy ekipa Kabaretu Starszych Panów miała w Warszawie swoje miejsce, ulubiony lokal, kawiarnię, w której się spotykano?

- Nie było na to czasu. Owszem, życiem artystycznym pulsował wtedy SPATiF w Alejach Ujazdowskich, na Krakowskim Przedmieściu tętniło także Piekiełko, czyli Literaci. Zdarzało mi się zajrzeć tu i ówdzie, ale naprawdę rzadko. Po spektaklu w teatrze biegłam zaraz do kabaretu "żywego słowa", czyli z publicznością - przez 2 lata grałam w kabarecie U Lopka, a przez 7 lat w kabarecie Pod Egidą - który kończył się o 2-3 w nocy. Od świtu były kolejne zajęcia - nagrania w radio, próba w teatrze. Z próby gnało się do telewizji, w której nieustająco coś się działo - poniedziałkowy Teatr Telewizji, czwartkowa Kobra, Kabaret Olgi Lipińskiej. Z telewizji biegło się do teatru i znów do kabaretu. Okazuje się, że można przetrzymać takie maratony.

Była pani najbardziej energiczną i zapracowaną artystką w Kabarecie?

- Nie ja jedna, w zasadzie to wszyscy byliśmy zajęci. Próby do kolejnego odcinka Kabaretu trwały około miesiąca. Potem był tydzień prób kamerowych. Na pierwszej próbie czytanej obecni byli również panowie kamerzyści. W czasach, gdy Kabaret kręcony był na żywo, musieliśmy ze sobą współgrać, żeby wiedzieć, która kamera bierze jaki dialożek. Ułatwienie było takie, że się światełko zapalało. Ale i w latach późniejszych, kiedy nasze programy już rejestrowano, byliśmy niezwykle zgrani i zdyscyplinowani, ponieważ każdy centymetr taśmy był na wagę złota, podobnie zresztą jak w filmie.

Zdarzyło się pani kiedyś "ugotować" na antenie lub w teatrze?

- Wyszłam ze szkoły Iwo Galla, który był moim mistrzem zawodu, gdzie mnie uczono, jak się nie dać ugotować. Ćwiczenia polegały na tym, że nas precyzyjnie rozśmieszano, ale w żadnym razie śmiać się nie było można.

Podobno panowie Wiesiowie, czyli Gołas i Michnikowski, mieli szczególne upodobanie do robienia dowcipów, lubili podokuczać sobie i innym...

- Uwielbiali! W sztuce Ionesco "Mackbett" w reżyserii Axera, Michnikowski, Czechowicz i Zapasiewicz tworzyli tzw. grupę mędrców. Ja grałam Lady Mackbett, a Basia Wrzesińska moją powiernicę. Ustalone było, że mędrcy podczas wieczerzy śpiewają, a ostatni ton ich piosenki jest moim tonem początkowym, kiedy wchodzę na scenę. I tu Wiesiek Michnikowski przygotował dowcip - wszyscy nauczyli się śpiewać w innej tonacji, tak wysokiej, że już myślałam, że nie dam rady wyciągnąć. Zaczęłam więc próbować, ale wyszło z tego takie "pianie kogucie", że to panowie ugotowali się ze śmiechu, a nie my z Basią.

Talent muzyczny odziedziczyła pani po matce, która pięknie śpiewała, grała na skrzypcach i pianinie.

- Geny to jedno, ale oddech miałam również wypracowany przez naukę śpiewu i aktorstwo, no a potem doszła do tego jeszcze joga, którą zaczęłam ćwiczyć w latach 60.

I właśnie z tą jogą i zdrowym stylem życia zawsze się pani kojarzy.

- Owszem, ale i łajdactwa się zdarzały, na przykład palenie papierosów. Bywało, że prawie zasypiałam z papierosem. Kiedy dziś oglądam swój film "Jak być kochaną", w którym straszliwie wręcz paliłam, to się zastanawiam, jak to możliwe, że nikt nie zwrócił mi wtedy uwagi na ten nałóg. Przed kamerą powinien być on opanowany. Widocznie palenie było tak dalece w powszechnym krwioobiegu, że nikogo to nie raziło. Wszyscy jesteśmy durni, jak się okazuje.

Ale niezależnie od samopoczucia stosowała pani w życiu radę mamy: "Basiu, pamiętaj, zawsze musisz wyglądać tak, jakbyś szła na bal"?

- To rodzaj dyscypliny, dzięki której człowiek trzyma się w ryzach. Nieważne, że jesteś wściekła, obolała czy chora, osoba, z którą rozmawiasz, nie musi o tym wiedzieć. I tego się trzymam do dziś.

***

Zobacz więcej materiałów o gwiazdach:

Rozm.: Ewa Jaśkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Barbara Krafftówna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje