Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: Ich związek nigdy nie stał się letni

Kiedy się pierwszy raz pokłócili, powiedział jej, że nienawidzi głupich bab. I zostawił ją na środku chodnika. - Baba jest tyle warta, ile z niej zostanie, jak się ją wsadzi za czub do wanny i wyjmie - wspomina jego słowa Agnieszka Fitkau-Perepeczko.

W latach 70. nie było w Polsce kobiety, która by się nie zachwycała Markiem Perepeczką, dwumetrowym herosem, który zagrał legendarnego Janosika. Ale dla niego liczyła się tylko jedna piękność o migdałowych oczach - Agnieszka Fitkau. Kiedy szli ulicą, wszyscy się za nimi oglądali - byli jakby nie z tego świata, nierealni.

Oboje zjawiskowo piękni, zapatrzeni w siebie, zakochani...

Studenckie zauroczenie

Poznali się w kolejce do składania dokumentów w dziekanacie szkoły teatralnej. Spytał: - Czy mogę za panią stanąć? Często potem żartował, że jak stanął za nią w tej kolejce, tak stał w niej przez następnych czterdzieści pięć lat. Ona nie dostała się wtedy do szkoły, ale bardziej od tej porażki martwiła się tym, że nigdy więcej nie zobaczy przystojniaka, który wpadł jej w oko.

Reklama

Marek Perepeczko jednak miał już jej numer telefonu. I kiedy rozmyślała, jak ponownie nawiązać z nim kontakt, zadzwonił z pytaniem, jak jej poszło. Gdy oświadczyła, że studiować nie będzie, zaproponował, żeby opowiedziała mu o wszystkim w cztery oczy. Czuł, że jej się podoba, ale wiedział, że zdobycie jej nie będzie łatwe. Pochodziła z zamożnego domu, ojciec był znanym lekarzem. Mieszkała w dużym domu z ogrodem w podwarszawskim Milanówku. Rozpieszczali ją nie tylko rodzice i niania, ale też Marek Perepeczko, choć był nią oszołomiony, wybrał inną drogę, by rozpalić jej serce.

Nie okazywał jej swego uwielbienia, jak inni. Nie starał się jej przypodobać, nie zachwycał jej światem, jak wszyscy mężczyźni, którzy się o nią starali. Przekomarzał się z nią i żartował. Sprawiał wrażenie, jakby mu na niej nie zależało. Nie wiedziała, co tak naprawdę myśli, czym coraz bardziej ją pociągał.

Kiedy się pierwszy raz pokłócili, a stało się to dość szybko, powiedział jej: - Żebyśmy się dobrze zrozumieli, nienawidzę kawiarni, dymu papierosowego, alkoholu i głupich bab. I zostawił ją na środku chodnika. Później dowiedziała się jeszcze, że nienawidzi głupiego babskiego gadania, mocnych perfum i mocno umalowanych ust.

- Baba jest tyle warta, ile z niej zostanie, jak się ją wsadzi za czub do wanny i wyjmie  - wspomina jego słowa Agnieszka Perepeczko.

Spierał się z nią i często denerwował, ale przy tych wszystkich mdłych chłopakach, którzy próbowali ją poderwać, wydał jej się tak interesujący i męski, że nie wiadomo kiedy zawładnął nią całą. Nie myśleli o ślubie, więc gdyby nie interwencja jej mamy, kto wie, czy w ogóle by do niego doszło.

Wesele było skromne i bezalkoholowe, bo tego dnia panna młoda grała przedstawienie dyplomowe, gdyż do szkoły teatralnej jednak się dostała. Świeżo upieczony małżonek siedział na widowni i gorąco ją oklaskiwał. Była dla niego wszystkim, choć tak bardzo się różnili. Między nimi ciągle iskrzyło i wrzało, bo oboje mieli temperament. Albo było gorąco albo zimno, nigdy letnio.

Ona była kolorowa i niezależna, ale on także nie należał do mężczyzn łatwych. Był uparty, rozrzutny i nie za bardzo interesowały go sprawy przyziemne. Jednak mimo tych różnic, jak mówiła aktorka, "stopili się w jedną całość".

Czytaj dalej na następnej stronie...

Marek Perepeczko miał wielki talent aktorski, zdolności wokalne, dużą wiedzę z zakresu dramatu i teatru, ale w pewnym momencie zaczął dostawać mniej ról. Był jednak zbyt dumny, by się o nie upominać. Niespełnione ambicje i problemy dnia codziennego zaczęły wprowadzać w ich życie zamęt.

Aktorka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. W 1976 r. jako modelka Mody Polskiej wyjechała do Australii, do Melbourne, i postanowiła tam zostać.

- Planowaliśmy wyjazd wspólny. Marek był do tego entuzjastycznie nastawiony do momentu, dopóki nie trzeba było się spakować i wystąpić o wizę. Powiedział: jedź pierwsza, ja dojadę - wspominała aktorka.

W Australii się nudził

Czekała na niego zbyt długo. Ociągał się, ponieważ wiedział, że w środowisku, w którym zaczęła się obracać, nie będzie czuł się dobrze. Ona sądziła, że jeśli nie przyjeżdża, to znaczy, że już jej nie kocha. Zaczęła urządzać sobie życie po swojemu. Założyła studio fotograficzne z mężczyzną, z którym połączyło ją coś więcej niż praca.

Mąż w pewien sposób pogodził się z tym, uznał, że skoro zostawił ją samą, miała prawo związać się z kimś innym. Ale nie był w stanie z niej zrezygnować. W końcu pojechał za nią, nie umiał jednak odnaleźć się na obczyźnie i na utrzymaniu żony. Wrócił do kraju.

Nigdy nie związał się z inną kobietą, czekał na Agnieszkę. Tęsknił za ukochaną i wierzył, że los ich jeszcze połączy. Po powrocie stał się samotnikiem, a jego kariera podupadła. Ożywił się dopiero, kiedy coraz częściej i na coraz dłużej żona zaczęła przyjeżdżać do Polski.

Pisała książki, była redaktorką jednego z miesięczników. Wszędzie bywali razem. Wtedy zagrał w filmie "Sara" i w serialu "13 posterunek". Znów chciało mu się żyć. Ona jednak zadomowiła się za granicą. Powtarzała: - Jestem w latach swojego wczesnego popołudnia. Zjadę do kraju, gdy nastanie dla mnie późne popołudnie.

No i wyjeżdżała, a Marek Perepeczko czekał... - Cokolwiek bym zrobiła, Marek był w stanie mnie bronić - wspominała Agnieszka Perepeczko.

- Wiele osób mnie potępiało za różne rzeczy, lecz Marek nigdy. Łączył nas taki rodzaj uczucia, który był zrozumiały tylko dla nas.

Po jej powrocie do kraju, odzwyczajeni od wspólnego mieszkania, postanowili pozostać przy takim modelu. Często się spotykali, bywali na imprezach, codziennie rozmawiali przez telefon.

On wpadał do niej na kolację i zostawał na śniadanie, ale każde wiodło osobne życie. W 1999 r. Marek Perepeczko został dyrektorem teatru w Częstochowie. Żona pozostała w Warszawie. Wspierali się. Ona bywała na jego premierach, on na promocjach jej książek. Podziwiał ją za życiową energię i kreatywność, cieszył z jej sukcesów.

Ona była szczęśliwa, że w Częstochowie odnalazł swoje miejsce, był doceniany i uwielbiany.

To był zawał...

Kiedy przestał pełnić funkcję dyrektora i nie miał żadnej roli, nie chciał wrócić do Warszawy, licząc na to, że coś się jednak zmieni. Wiedziała, że chorował i powinien zmienić styl życia, ale przy jego uporze nie miała na niego żadnego wpływu.

Wielu nie mogło jej wybaczyć, że umarł w samotności 16 listopada 2005 r. Ale przyjaciele wiedzą, że w jej życiu tak naprawdę były ważne tylko dwie osoby - matka i Marek.

- To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń. Byli sobie oddani jak mało kto, bo przez całe życie każde z nich widziało w drugim nie tylko piękną kobietę czy mężczyznę, ale ukochanego człowieka  - twierdzą bliscy tej pary.

Nostalgia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »