Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zygmunt Chajzer przeżył rodzinny dramat. Już nigdy nic nie będzie takie samo

Dla żony i swoich dzieci Zygmunt Chajzer (62 l.) zrobiłby wszystko. Zwłaszcza teraz, kiedy z trudem odbudowują swoje życie po rodzinnym dramacie, który wstrząsnął całą Polską. Wiadomość o śmierci wnuka była porażająca.

Dziennikarz Zygmunt Chajzer słynie z pracowitości, co skwitował kiedyś dowcipnie. − Urodziłem się 1 maja w Święto Pracy, a to chyba zobowiązuje.  

Reklama

Zaangażowanie w pracę odziedziczył po tacie, malarzu pokojowym z warszawskiej Pragi. To on w pocie czoła pracował na rodzinę. Zbyszkiem opiekowała się mama i starsze siostry. Ruchliwy i bardzo aktywny chłopiec wyglądał schludnie − zwłaszcza w szkole. Gdy trzeba było, mama sama siadała do maszyny. - To było dla mnie prawdziwym darem losu, ponieważ uszyła mi kilka naprawdę fajnych rzeczy - wspomina w książce "Dżentelmeni i dandysi".  

Zygmunt ukończył znane liceum Władysława IV na warszawskiej Pradze, gdzie wymagane były tarcze na rękawach i krótkie włosy. A on był buntowniczym nastolatkiem, który z uporem starał się nosić dłuższe, bo taka była moda.  

Swoją pierwszą wielką miłość, Lenę, poznał na balu przebierańców. W stroju warszawskiego cwaniaka, gawrosza, poprosił do tańca księżniczkę. Bardzo mu się spodobała. Miał 22 lata, gdy w 1976 roku wzięli ślub. Potem na świat przyszła jego pierworodna córka Karolina. Jako młody chłopak myślał głównie o karierze sportowej. Wysoki, sprawny, od dziecka grywał w siatkówkę. 

Po maturze poszedł na AWF, a dopiero potem na podyplomowe dziennikarstwo. Wtedy okazało się, że ma głęboki, radiowy głos. Pracę w Programie Pierwszym Polskiego Radia zaczynał w redakcji sportowej, ale tak naprawdę zadebiutował w porannych "Sygnałach dnia". Jego ówczesny szef uznał, że to najbezpieczniejszy czas antenowy na początek, bo wielu słuchaczy jeszcze śpi. Zygmunt wstawał więc skoro świt, a na antenie pojawiał się miedzy 4-5 rano. 

W 1981 roku zaczął prowadzić "Lato z radiem". Ta praca przyniosła mu nie tylko sympatię słuchaczy, ale też nową miłość, bo jego młodzieńcze małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Dorotę, kosmetyczkę, poznał w 1983 roku przy okazji organizowania wyborów Miss "Lata z Radiem". 

Piękna blondynka, ubrana w minispódniczkę, która eksponowała długie nogi, szybko zawróciła mu w głowie.  Nie było łatwo ją zdobyć, ale Zygmunt był uparty. Choć dziewczyna konkursu nie wygrała, ale znalazła męża. Rok później wzięli ślub. 

Mimo różnic charakteru doskonale się dogadywali. Ona nie przepada za sportem, on nie wyobraża sobie dnia bez treningu. Ona domatorka, on dusza towarzystwa. Dziennikarz wielokrotnie przyznawał w wywiadach, że Dorota to żona idealna − cierpliwa i wyrozumiała, która zawsze tonuje wszelkie spory.  

− Mamy taki układ, że ja jestem osobą, która zabiega o materialną stronę bytu, a Dorota zajmuje się domem i sprawia jej to przyjemność − opowiada Zygmunt Chajzer.  

Mają dwoje dzieci. Syn poszedł w ślady słynnego ojca, jest dziennikarzem. Zresztą już w dzieciństwie był fanem ojca. Uważa, że ułatwił mu życiowy start. − Z nazwiska, które nie miało wielkiego znaczenia, jak milion innych, zrobił coś wielkiego − mówi z dumą o tacie.

Bez wątpienia Filip talent odziedziczył po ojcu i przed kamerą czuje się swobodnie. Zygmunt Chajzer podkreśla, że początkom kariery syna przyglądał się uważnie, ale teraz jest z niego dumny.  

To samo może powiedzieć o córce Weronice, która po nim odziedziczyła nie tylko wzrost, ale i pasję. Ma 186 cm, jest wyższa od ojca i, podobnie jak on w młodości, uprawia siatkówkę. Gra w klubie Sparta. A poza tym jest cicha, skromna i małomówna − ma to po żonie − komentuje tata.  

Zygmunt Chajzer jest dziadkiem mieszkających w Szwecji dzieci Karoliny: Ebby (8 l.) i Johna (7 l.). Jednak najbardziej zżyty był z synem Filipa Maksymilianem (†9 l.). Chłopiec od narodzin mieszkał z rodzicami i dziadkami w jednym domu. Widzieli się codziennie, a dziadek uwielbiał się z nim bawić.  

Półtora roku temu, po wypadku, w którym chłopiec zginął, dziennikarz podtrzymywał wszystkich na duchu, byłą synową i syna Filipa. Potem rzucił się w wir pracy, żarty na antenie grzęzły mu jednak w gardle.  

- Do końca życia pozostaniemy inwalidami. To jest tak, że jakby się straciło rękę, nogę, kawałek siebie. Musisz z tym jakoś żyć i wszystko poukładać. Bardzo ważne są osoby, które pomogą ci, gdy czegoś brakuje. To się nie zmieni, tak już będzie. Ale ważne jest to, kto cię wspiera - wyznał dziennikarz.

***
Zobacz więcej materiałów

Dowiedz się więcej na temat: Zygmunt Chajzer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL