- Legendy, że Wodecki to Casanova, że ciągle ma nowe romanse i kochanki, mijają się z prawdą. Jestem człowiekiem zakompleksionym, nigdy pierwszy nie startowałem do dziewczyny - zapewniał. Ale sam chyba w to nie za bardzo wierzył. Mówił tak zapewne ze względu na najbliższych, których bardzo kochał. Przede wszystkim żonę Krystynę. Zawsze chwalił jej mądrość i podkreślał, że dzięki niej rodzina trwała pół wieku.
Poznał ją w legendarnej krakowskiej Piwnicy pod Baranami, kiedy miał zaledwie 19 lat. Występował wówczas w zespole Ewy Demarczyk i gdy zobaczył Krystynę na widowni po raz pierwszy, z emocji tak pociągnął smyczkiem po skrzypcach, że aż pękła mu struna.
Dwa lata później się pobrali. Małżonkowie doczekali się trójki dzieci. Zbigniew Wodecki, otwiera się w nowym oknie twierdził, że romansów nie wypada mu mieć. Ale wtajemniczeni wiedzą swoje. Żona zrezygnowała z kariery, poświęciła się domowi, wychowywaniu dzieci. Tymczasem artysta z dala od domu miał swoje fascynacje. Natomiast nigdy nawet nie myślał o porzuceniu rodziny. Niektórzy jego przyjaciele pamiętają, że w pewnym czasie nie krył wielkiego sentymentu do zjawiskowo pięknej aktorki Ewy Sałackiej (†49 l.).
Po jej rozwodzie z reżyserem Krzysztofem Krauze (†61 l.) fascynacja przerodziła się w coś więcej. Ponieważ jednak Wodecki był żonaty, nie przyznawał się do tego uczucia. A było ono gorące i burzliwe.

Ewa Sałacka była rozżalona, gdy zrozumiała, że nie ma szans na zbudowanie z muzykiem prawdziwej rodziny. Nie była zainteresowana romansami. Po rozwodzie szukała stabilnego związku, w którym byłaby tą jedyną. Kiedy okazało się, że jest inaczej, szybko doprowadziła do zerwania. Zawsze lubiła klarowne i czyste sytuacje.
- Zbyszek bardzo żałował tego rozstania. Oboje długo boczyli się na siebie. Dopiero kiedy Ewa odnalazła szczęście w drugim małżeństwie i nabrała dystansu do całej historii, mogli znów rozmawiać jak przyjaciele - mówi przyjaciółka aktorki.
Równo 12 lat temu Zbigniew Wodecki, jak wiele innych osób, przeżył szok, kiedy dowiedział się, że jego dawna miłość nie żyje. Nagła śmierć Ewy Sałackiej w lipcu 2006 roku wydawała się nierealna. Nikt nie mógł w nią uwierzyć. Pełna energii, roześmiana, z głową pełną marzeń i nowych pomysłów aktorka, mama 12-letniej wtedy Matyldy, miała wszystko, o czym może marzyć kobieta. Niezwykłą urodę, pozycję zawodową, wyczekane dziecko i kochającego męża. Wysoka, smukła i zgrabna, oryginalnie ubrana, z burzą rudych włosów, pogodna i dowcipna - zawsze znajdowała się w centrum uwagi. Mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku, zawsze była adorowana.
Tego feralnego lata wyjechała do domku rodziców nad Zalewem Zegrzyńskim. Sięgnęła po szklankę z sokiem. Nie zauważyła, że pływała w niej osa, na której jad była uczulona. Mimo natychmiastowej pomocy udzielonej jej przez męża, lekarza stomatologa i znajomej anestezjolog, która wypoczywała po sąsiedzku, nie udało się uratować jej życia.
Wstrząs anafilaktyczny był tak silny, że aktorka zmarła w drodze do szpitala. Mąż pani Ewy, Witold Kirstein, z trudem wracał do normalnego życie po tamtej tragedii. Dla Zbigniewa Wodeckiego przedwczesne odejście dawnej miłości również było bardzo trudnym doświadczeniem. Dopóki żył, wspominał ją z wielkim żalem...
Zobacz również:


***
Zobacz więcej materiałów:








