Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Wojciech Błach wzruszająco o synku!

Aktor, znany m.in. z "Plebanii", "Na Wspólnej" czy "Prawa Agaty", cały czas poszukuje nowych ścieżek i szczerze uśmiecha się do życia. Woli patrzeć w przyszłość, niż oglądać się za siebie. Zauważył, że im dalej idzie, tym lepsze rzeczy znajduje.

Mężczyzna, z którym można przegadać długie godziny, ale także swobodnie pomilczeć. Wojciech Błach (42 l.) swoim poczuciem humoru i dystansem do świata potrafiłby przełamać największą lodową ścianę.

Reklama

A gdybyśmy tak zaczęli od końca...

Wojciech Błach: To ty o tym decydujesz...

Gdyby faktycznie tak było, to umówiłbyś się ze mną dużo wcześniej...

W.B: - Teraz sam się sobie dziwię, że tak długo się opierałem... (śmiech)

Na szczęście łatwo się nie poddaję. Ale dlaczego tak długo nie mogłam namówić cię na spotkanie?

W.B: - Mam trzy argumenty. Pierwszy prozaiczny, bo... terminowy. Od września faktycznie jestem bardzo zajęty.

A drugi i trzeci powód?

W.B: - Zmieniła się funkcja wywiadów. To co jeszcze 10 lat temu działało na korzyść, teraz mogłoby mi tylko zaszkodzić. Nie jestem pewny, czy w momencie życia, w którym się teraz znajduję, jest mi to po prostu potrzebne. Nie chcę niepotrzebnie bić piany. A trzecim powodem jest... wszechobecna nienawiść, która panuje w internecie. Po co mam dostarczać pożywki co poniektórym internautom?

Rozumiem, ale przez twoją niechęć do wywiadów niewiele o tobie wiadomo. Chciałabym odkryć jaki właściwie jest Wojtek Błach?

W.B: - Jest optymistą...

Z tego co zdążyłam zauważyć powiedziałabym nawet, że... jest wiecznie uśmiechniętym optymistą!

(śmiech) Wszystko dlatego, że z każdego zdarzenia staram się wyciągać pozytywne wnioski. To dla mnie taka fajna gra umysłu, zabawa z życiem. A poza tym za każdym razem powtarzam sobie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Przyczyna - skutek.

Lubisz epatować swoją osobą?

W.B: - Nigdy nie odczuwałem takiej potrzeby.

A nie jest to przypadkiem wpisane w aktorstwo?

W.B: - Trochę tak. Ale nie zapominaj, że aktorstwo to "wielki" zawód - można się na nim bardzo zawieść. (śmiech)

Ty się zawiodłeś?

W.B: - Powiem ci, że tyle razy zdawałem do szkoły teatralnej, że jak już ją skończyłem, to moja radość była tak ogromna, że nie mogło być mowy o jakimkolwiek zawodzie. Nigdy nie musiałem sobie przypominać dlaczego chciałem zostać aktorem i jak dotąd mój zawód mnie nie zawodzi. (śmiech)

Pamiętasz pierwsze prośby o autograf? Peszyło cię to?

W.B: - Peszy mnie do dzisiaj. Ale to fajnie, gdy ktoś mnie rozpoznaje i z uśmiechem wita mnie w sklepie czy w urzędzie. To miłe.

A jak ktoś się nie uśmiecha? Bo pewnie i tak się zdarza...

W.B: - Z uśmiechem łatwiej żyć. A jeżeli ktoś tego nie robi, to przecież nie mój problem. Nigdy nie odbieram tego personalnie. Po prostu idę dalej...

Taki trochę "Jaś wędrowniczek" z ciebie...

W.B: - Cały czas jestem w drodze, w ruchu. W tym ruchu jest życie, a nie w staniu na mecie albo na zdobytym szczycie.

Co cię tak gna po świecie? Czego szukasz?

W.B: - Mówi się, że podróże kształcą i tak jest. Moim zdaniem najlepiej jest wyjechać poza Europę.

Im dalej, tym ciekawiej?

Coś w tym jest. Europę mam przerobioną. Mieszkanie za granicą również. Po maturze wyjechałem do Londynu na pół roku, później cztery miesiące żyłem w Paryżu, a kolejne trzy w Berlinie. Fajnie, że tak się stało. Ale przez to ciągnie mnie teraz w zupełnie inną stronę.

Gdzie konkretnie?

W.B: - Lada dzień lecę na trzy tygodnie do Japonii. Parę lat temu dwa miesiące spędziłem w Chinach i Tybecie, a w zeszłym roku - prawie miesiąc w Nepalu.

Przywozisz pamiątki z dalekich wypraw?

W.B: - Odkąd na jednym ze straganów w Pekinie ujrzałem magnesy z całego świata, w tym te z... Krakowa, to natychmiast przestałem wierzyć w ich magię.

Które rejony są najbliższe twojemu sercu?

W.B: - Do jednego miejsca raczej bym się nie przykuwał. Pamiętam jak mieszkałem na Śląsku i wyprawa nad morze była czymś niezwykłym. A teraz... Żyję w Warszawie, mogę wstać z samego rana i w trzy godziny znaleźć się w Sopocie, w ulubionym Barze Przystań, na pysznym, świeżym turbocie czy dorszu...

Zaskakujesz mnie swoją spontanicznością.

W.B: - Próbuję słuchać intuicji.

To właśnie ona podpowiedziała ci, aby zająć się reżyserią?

W.B: - Dostałem propozycję od przyjaciela, który chyba przeczuwał moje reżyserskie zapędy. Poprosił mnie, abym wyreżyserował spektakl "Twoje pocałunki Mołotowa". Nie mogłem się nie zgodzić.

I czujesz się zaspokojony?

W.B: - Zaspokojony? To dopiero początek mojej przygody z reżyserią. Teraz kończymy drugie przedstawienie, "Wieczór panieński". Jak na razie przenoszę sztuki z papieru na scenę. Nie ma jeszcze mowy o jakiejś "reżyserii autorskiej" czy inscenizacyjnej. Tak na dobrą sprawę to dopiero warsztaty z reżyserii.

Od czegoś trzeba zacząć...

W.B: - Dokładnie. I - jak już zapewne zdążyłaś zauważyć - najważniejsza jest dla mnie droga do wytyczonego celu.

Porozmawiamy teraz o twoim synu i o roli ojca?

W.B: - Zacznijmy od tego, że dla mnie to nie tylko rola, to cały styl życia. Od samego początku wiedziałem, że jeżeli się z kimś zwiążę, to chcę założyć rodzinę i zostać ojcem. Pewnie dlatego żyjąc na Śląsku nie wiązałem się z żadną dziewczyną. Nie chciałem łączyć z tym miejscem swojej przyszłości.

To niespotykane!

W.B: - Czy ja wiem? Po prostu wiedziałem czego pragnę i chciałem zrealizować ten plan. Już na czwartym roku studiów kupiłem duży dom, postawiłem ogromny stół i zasadziłem drzewo.

Bruno był zatem bardzo oczekiwanym dzieckiem?

W.B: - Wypełnił i pokolorował mój do tej pory naszkicowany świat.

Jest do ciebie podobny?

W.B: - Kiedy patrzę na swoje zdjęcia z dzieciństwa to widzę, że Bruno jest moim klonem. Gdy patrzę jak bawi się moimi klockami lego i obserwuję jego rączki, to czuję jakbym się patrzył na swoje dłonie. Pamięć z dzieciństwa uruchomiła mi się w momencie, w którym na świecie pojawiło się moje dziecko. Niezwykłe.

Wojtku, czy to prawda, że najsmaczniejsze rzeczy zostawiasz na koniec?

W.B: - Tak się jakoś to moje życie układa, że im dalej idę, tym znajduję coraz lepsze rzeczy.

To na co masz teraz największą ochotę?

W.B: - Aby tak zostało.

Dojrzały z ciebie mężczyzna.

W.B: - Dojrzałość dopiero się we mnie budzi. Jest jeszcze głęboko zaspana.

W taką bajkę to akurat nie uwierzę!

W.B: - To trudne, bo rozmawiam z kobietą, więc muszę stoczyć w swojej głowie męsko-damską batalię. Z jednej strony kochacie dojrzałych mężczyzn, a z drugiej - wiecznych chłopców. To powiedz mi jak wam dogodzić?

Chodzi o odpowiedzialność. To ją cenimy najbardziej.

W.B: - Ale jedno nie wyklucza drugiego. Można szukać dojrzałości i przy tym być odpowiedzialnym za swoje czyny mężczyzną. Wydaje mi się, że o wiele fajniej jest dochodzić do dojrzałości, niż dojrzeć całkowicie jak owoc i... spaść z drzewa. I chyba taki właśnie jestem.

Świat & Ludzie

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Błach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »