Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wojciech Amaro o nawróceniu i chorobie nowotworowej!

Kiedy osiągnął sukces i stał się bogaty, poczuł wielką pustkę. Ruszył do Medjugorje, gdzie odnalazł Boga.

Dwadzieścia lat temu bez grosza przy duszy zasypiał z przemęczenia w londyńskim metrze. 

Reklama

Wtedy pracował w Anglii „na czarno”, dziś jest jednym z najbardziej znanych kucharzy. Jego restauracja Atelier Amaro, otwarta sześć lat temu, jako pierwsza w historii Polski zdobyła prestiżową gwiazdkę Michelina. 

Popularność zyskał dzięki programom „Hell’s Kitchen” i „Top Chef”. Jednak dzisiaj dla Wojciecha Modesta Amaro (44) sława i pieniądze nie mają już takiego znaczenia jak kiedyś. 

Teraz liczy się przede wszystkim Jezus.

Pochodzi z Sosnowca, z rodziny z zasadami. 

"Mój ojciec, prześladowany przez komunę, nigdy nie dał się złamać. Był pilotem Czerwonego Krzyża, ratował w trudnych warunkach ludzkie życie, narażając własne. Mama musiała radzić sobie z tą presją, mając pod opieką trójkę dzieci" – wspomina w "Party" restaurator. 

Jego dom był religijny. W dzieciństwie służył do mszy jako ministrant i czytał Pismo Święte. Zamiłowanie do gotowania też pojawiło się wcześnie. Kiedy miał cztery lata, poprosił starszą siostrę, by włączyła piekarnik i w ten sposób powstała jego pierwsza babeczka. Jednak rodzice nie pozwolili mu iść do technikum gastronomicznego. 

"Zsyłało się tam wtedy nieuków. Ich decyzja wynikała z troski o mnie" – wspomina.

Skończył więc technikum elektroniczne. Ale pasja wzięła górę. Doświadczenie zdobył w najlepszych restauracjach na świecie. Zdarzało mu się pisać zmyślone CV, byleby zostać asystentem szefa kuchni.

Spełnił swoje marzenie i dostał się do hiszpańskiej El Bulli, która może poszczyć się pięcioma gwiazdkami Michelina. Pracował też w słynnej kopenhaskiej Nomie.

Kiedy dobrze opanował sztukę kulinarną, przyszła wielka miłość. Dwanaście lat temu był szefem kuchni w Pałacu Sobańskich w Warszawie. 

"Podszedłem do jej stolika, żeby zaprezentować danie i... zapomniałem języka w gębie. Totalny paraliż. Później dowiedziałem się, że po drugiej stronie stało się to samo. Cudowny moment! Od tej pory pragnęliśmy już robić wszystko we dwoje" – wspomina. 

Z Agnieszką Amaro (40 l.) wychowują tróje dzieci: Karolinę (20), Zuzannę (18) i Nicolasa (6).

Osiągnął sukces, ale w pewnym momencie wszystko przestało go cieszyć. 

"Po odhaczeniu całej listy materialnych rzeczy do kupienia: domu, samochodu, sporządzeniu spisu kilkudziesięciu najlepszych restauracji na świecie, w których jadłem; miejsc, które obejrzałem i wakacji, które spędziłem, dotknąłem wewnętrznej pustki. Postawiłem sobie pytanie: „Co dalej?”. Bo moje marzenia nie wykraczały poza to, co już miałem. Czułem, że czegoś mi brakuje" – opowiada.

Postanowił więc udać się z pielgrzymką do Ziemi Świętej i Medjugorje.

"Tam po raz pierwszy poczułem bezpośredni kontakt z Bogiem. W moim domu, jako świadectwa, doświadczyłem uzdrowienia z nieuleczalnej choroby nowotworowej. I to zmieniło kompletnie moje podejście do życia. Nie nawróciłem się, tylko zostałem przywrócony do wiary, bo moje dzieciństwo kręciło się wokół Kościoła" – podkreśla.

Niedziela jest dla niego święta.

Wtedy zamyka atelier i jest z bliskimi. 

"Rodzina to podstawa. Fundament, na którym możesz budować wszystko. Bez tego nie ma na czym stać" – mówi Wojciech i pielęgnuje w sobie postawę wdzięczności.

"Wszystko, co mam, dostałem od Boga. Dopuścił każdą sytuację w moim życiu, obdarował łaskami duchowymi, zawrócił nie raz ze złej drogi i okazał miłość i miłosierdzie. Mam się odpłacić jednym: bezgraniczną miłością. Dziś koncentruję się na wartościach, które przekazuje mi Jezus. Wszyscy je znamy: są zawarte w dziesięciu przykazaniach. To jest praca, której poświęcam moje życie" – kończy.

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Modest Amaro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje