Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

W Polsce nie ma co jeść? Stefano Terrazzino: Mama przywozi mi jedzenie z Niemiec

Stefano Terrazzino (37 l.) od dwunastu lat mieszka w Polsce. Tancerz polubił tutejszą mentalność i otwartość ludzi. Twierdzi, że Polska ukształtowała go jako człowieka. Postrzeganie naszego kraju poza granicami Polski bywa jednak bardzo zaskakujące: mama Stefano, przyjeżdżając w odwiedziny z Niemiec, przywozi synowi... walizkę jedzenia w obawie, że półki sklepowe są u nas puste.

Sycylijczyk, który urodził się i wychował w Niemczech. Twoja historia zaczyna się kiedy...

Reklama

Stefano Terrazzino: - Kiedy moja mama Giovanna, 17-letnia wówczas dziewczyna, postanawia ze swoim mężem Antonio wyjechać z Sycylii za lepszym życiem. Wyruszają do Niemiec, zatrzymują się początkowo u rodziny i zaczynają szukać pracy. Tata bierze każdą: sprząta, zmywa, pracuje na budowie. Zanim docenią jego kucharski talent, zanim w końcu otworzy z mamą pierwszą własną restaurację, minie pięć lat. Mama nie siedzi z założonymi rękami, pomaga jak może, sprząta w domach. Rodzę się w rodzinie typowych emigrantów...

I trafiasz do żłobka, bo przecież rodzice się dorabiają, walczą o lepszą przyszłość.

- Nie, nigdy nie miałem niani, a moja mama tak się organizuje, że potrafi połączyć pracę z opieką nade mną. Pamiętam roześmianych rodziców, dużo miłości, czułości, sycylijską wolność w domu, taki luz. Mama zresztą od dziecka była odpowiedzialna i zorganizowana. Mając 10 lat, musiała zajmować się swoją chorą mamą i młodszym rodzeństwem, bo mój dziadek musiał pracować. Dostała już wtedy porządną lekcję od życia i potem już chyba niczego w życiu się nie bała.

W klasie nie miałeś problemów jako Sycylijczyk?

- Nie, bo takich jak ja emigrantów, było wielu. Miałem kolegów Turków, Hiszpanów, z krajów byłej Jugosławii. Nikogo z nas nie dziwiły zwyczaje czy obrzędy związane z pochodzeniem lub religią. Teraz jak sobie o tym myślę, to wiem, że życie wśród różnych kultur otworzyło mnie na świat i na innych ludzi.

Jakim byłeś dzieckiem?

- Bardzo grzecznym, spokojnym i nieśmiałym. Rodzice nigdy nie mieli ze mną kłopotów. A nauczyciele twierdzili, że miałem swój świat.

Po pięciu latach urodził się twój brat Vincenzo, a potem najmłodszy z was trzech - Marco.

- Rodzice zawsze chcieli mieć dużą rodzinę. Ale w związku z tym, że byli emigrantami na dorobku, musieli trochę poczekać. Kiedy w końcu spełnili marzenie i założyli swoją pierwszą restaurację, wzięli się za powiększanie rodziny (śmiech).

I obowiązków im przybyło. Musiałeś pomagać?

- Oczywiście. Miałem 12 lat, kiedy urodził się Marco. Kiedy mamy nie było, pełniłem rolę niani (śmiech). Przewijałem go, karmiłem, usypiałem. Dziś myślę, że trochę go wychowałem. Może dlatego jesteśmy do siebie tak podobni.

Wracaliście na Sycylię?

- Każde wakacje spędzaliśmy właśnie z dziadkami, ciotkami i wujkami. Mama zawsze wtedy była szczęśliwa, bo bardzo tęskniła za ojczyzną, za włoskim jedzeniem, pogodą. Tak naprawdę 15 lat zajęło jej przyzwyczajenie się do życia w Niemczech. Tata szybciej się dostosował. Myślę, że oni nie spodziewali się, że tak bardzo zwiążą swoje życie z tym krajem. Widząc jednak, jakie są tu możliwości dla ich dzieci, nie podejmowali ryzyka powrotu. Nie mieli też do czego wracać. To były trudne wybory. Pamiętam, że dziadek zawsze płakał, kiedy wakacje się kończyły, a my odjeżdżaliśmy. Ale on i dziadkowie ze strony taty odwiedzali nas w święta Bożego Narodzenia oraz w Wielkanoc. To były piękne chwile.

To ta wasza rodzinność...

- Rodzina zawsze była, jest i będzie dla mnie bazą. Myślę, że rodzice poświęcili swoje życie dla nas, abyśmy mieli lepszy start w życiu.

To wzruszające, co mówisz. Ty jako najstarszy z braci miałeś wśród rodzeństwa pozycję...

- ...byłem szefem. Zawsze lubiłem rządzić (śmiech). I tak jest do dziś.

Rozmawialiście o dziewczynach?

- Pewnie, natomiast każdy z nas miał swoje preferencje i nie wchodziliśmy sobie w drogę. Ale np. mój młodszy brat Marco zakochał się w mojej uczennicy, która najpierw była zapatrzona we mnie. Zostali parą. Za to stresem każdej dziewczyny jest moment, kiedy poznaje naszą rodzinę, bo - jak już mówiłem - my naprawdę bardzo blisko się trzymamy. A mama ma sposoby na sprawdzenie przyszłej synowej. Ale to już jej tajemnica.

Niedawno Vincenzo ożenił się.

- I jeśli chodzi o jego żonę, to mój brat przy niej jest tak radosny, tak uśmiechnięty, otwarty, że ona spadła nam z nieba (śmiech). Bo on z naszej trójki był jedynym spokojnym, racjonalnym, przyziemnym. Wdał się w mamę. A ona zawsze powtarza: "jak to dobrze, że w naszej rodzinie przynajmniej jeden trafił się normalny" (śmiech). W maju po raz pierwszy zostanie tatą.

A ty wujkiem.

- Nawet kupiłem już prezenty dla pierwszej kobiety w rodzinie Terrazzino. A mama szaleje, bo w końcu będzie miała jakąś dziewczynę w rodzinie. Ona zawsze marzyła o córeczce i Marco miał być dziewczynką. Niestety, po dwóch cesarkach, lekarze powiedzieli, żeby ze względów zdrowotnych nie starała się już o dzieci.

To opowiedz o Marco.

- Wykapany ja, czyli spontaniczny, energiczny, kontaktowy, emocjonalny, uparty i czasem... wygodny. To wszystko odziedziczyliśmy po tacie. Kiedy miał trzy lata, został wypatrzony jako talent piłkarski i od razu trafił w profesjonale ręce. Dziś jest napastnikiem Hoffenheim, czołowej drużyny niemieckiej Bundesligi. Ma bardzo dobry czas, strzela gole. Marzy mu się gra w lidze włoskiej i wiem, że on zrealizuje ten cel. Jestem jego największym fanem i bardzo mocno go wspieram. 

Ma dziewczynę?

- Polkę! Mama nie omieszkała już tego skomentować: "No co z tą Polską, wszystkich synów przez nią tracę" (śmiech).

Trafiłeś do Polski 12 lat temu, bo twoją partnerką taneczną była Ewa Szabatin. Pamiętasz co cię zaskoczyło?

- Ludzie. Wrażliwi, bardzo emocjonalni. Gdyby nie przyjaciele, których tu poznałem, byłoby mi dużo trudniej znieść rozłąkę z rodziną. Tu w Polsce moja kariera na parkiecie, a potem niespodziewanie w telewizji, nabrała zawrotnego tempa.

Rodzice często odwiedzają cię w Warszawie?

- Mama często do mnie przyjeżdża, zresztą przywozi wtedy mnóstwo jedzenia. Jedna walizka to jej ubrania, a druga to jedzenie, tak jakbym tu nie miał co jeść! (śmiech). Na próżno jej tłumaczę, że w Polsce można wszystko kupić. To jest dla mnie piękny czas, dużo rozmawiamy, lubimy spacerować po Starówce, Łazienkach Królewskich.

Polki, które trafiają na kursy na Sycylię, są twoją mamą zachwycone!

- Są zdziwione, że moja mama potrafi w pięć minut ogarnąć kuchnię, zrobić dobre jedzenie i jeszcze ładnie wyglądać. Myślę, że wiele się od niej uczą, bo jest po prostu wyjątkową osobą.

Gdzie dziś są twoje korzenie - na Sycylii, w Niemczech, czy może już tu w Polsce?

- Jestem mieszańcem. Mam sycylijską mentalność. Bliskie są mi Niemcy, gdzie się wychowałem, nauczyłem się niemieckiej organizacji, solidności. A w Polsce dojrzałem, bardziej od tańca pokochałem scenę. Wszystko co wydarzyło się tutaj w moim życiu, uformowało mnie jako człowieka. I ta polskość we mnie zostanie.

Wracasz do "Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami". Będzie Kryształowa Kula?

- Na pewno będę się starał, ale mam takie poczucie, że my od początku jesteśmy trochę poza konkursem. Mam taką partnerkę, że właściwie tworzymy sobie nasze prywatne zawody, przełamując słabości.

Rozmawiała: Aleksandra Jarosz

Dowiedz się więcej na temat: Stefano Terrazzino

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje