Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przemysław Sadowski miał dość. Wracał do domu wykończony, a tam rozpacz!

Przemysław Sadowski (41 l.) i Agnieszka Warchulska (44 l.) są małżeństwem od 13 lat. Aktor nie ukrywa jednak, że związek przechodził trudne chwile, szczególnie po narodzinach dzieci.

Często podkreślasz, że rodzice są dla ciebie wzorem.

Reklama

Przemysław Sadowski: - Mama była stomatologiem, ojciec socjologiem. Ciężko pracowali, ale potrafili stworzyć ciepły dom, szczęśliwe, normalne dzieciństwo. Dzięki nim nie mam żadnych traumatycznych przejść, nigdy nie musiałem rozliczać się przesadnie z przeszłością i to jest wartość. Czułem zawsze ich wsparcie, choć aniołem nie jestem i przeszli ze mną niejedno.

I są małżeństwem już 40 lat.

- Dlatego, jeśli ktoś gratuluje mi dziś 13 lat stażu małżeńskiego, to ja nie do końca to rozumiem. Bo na ich tle wypadamy dość słabo.

W środowisku aktorskim to jednak dość długi staż.

- Czemu tak się utarło, że w tym zawodzie związki trwają krótko?

Bo spotykasz tam atrakcyjnych ludzi, bo często wyjeżdżasz na plan zdjęciowy na miesiące, grasz sceny łóżkowe...

- Co zrobić, taka praca (śmiech).

Ale tak na poważnie, to nie było wam łatwo, szczególnie kiedy na świat przyszły dzieci, najpierw Janek, potem Franek.

- Lekko na pewno nie było. Tak się zdarzyło, że kiedy w 2006 roku urodził się Janek, miałem bardzo dużo pracy, kręciłem jednocześnie dwa seriale, jeździłem na próby do spektaklu teatralnego i był "Taniec z gwiazdami". Byłem fizycznie i psychicznie wykończony, spałem po trzy, cztery godziny na dobę. Agnieszka po narodzinach synka została w domu sama. Do dziś pamiętam taką sytuację: przyjeżdżam do domu o 2 w nocy. I co? Płacze mały Janek, płacze moja żona, a potem i ja. Totalna bezsilność.

Czyli: witamy w świecie początkujących i pracujących rodziców.

- Bardzo pomogli nam wtedy moi rodzice, zresztą pomagają nam do dziś. Wtedy na rok praktycznie zamieszkali w stolicy, zajmując się Jaśkiem. Agnieszka mimo wszystko musiała zwolnić tempo, choć przecież jej kariera pędziła. Był czas, kiedy nie pracowała.

Nigdy jednak żadne z was nie wzięło walizek z domu, nie poszło sobie...

- Musieliśmy dać radę i przystosować się do tej nowej rzeczywistości, kiedy dzieci kradną twój wolny czas, beztroskę i wolność. Ale w zamian dają niesamowite poczucie spełnienia, radość, dumę i miłość. A to, że nie wyrzucam czegoś na śmietnik tylko dlatego, że pojawiają się problemy... no cóż, to kwestia charakteru. A może wzorce wyniesione z domu. Pewnie jedno i drugie.

Jakim jesteś ojcem?

- Musisz o to zapytać moje dzieci, tylko może jeszcze nie teraz (śmiech). Nie umiem ci tego zdefiniować i nie będę odkrywczy, mówiąc że bardzo mi na nich zależy, by wyrośli na porządnych ludzi, by byli szczęśliwi. Wychodzę z założenia, że dzieci uczą się przez obserwowanie rodziców, a nie przez nakazy czy zakazy, dlatego staram się dawać im dobry przykład.

Jak spędzacie czas?

- Teraz na przykład starszy Janek trenuje pływanie, więc cztery razy w tygodniu wstajemy o 5.30 i pędzimy na trening na 6.30. Syn ćwiczy pod okiem trenerki, pani Moniki, a ja pływam na torze obok. I wiem, że kiedy przyjdzie kryzys, a przyjdzie na pewno, kiedy nie będzie mu się chciało rano wstać i zasuwać tych 80 długości basenu, to może spojrzy na mnie i pomyśli: "kurczę, stary daje radę, to i ja nie odpuszczę".

W waszym domu panuje układ partnerski?

- Innego sobie nie wyobrażam.

Czyli kiedy żony nie ma, ty gotujesz, a kiedy ciebie brak, ona wkręci żarówkę?

- Co do żarówki to gdyby nie było mnie tydzień, to pewnie Agnieszka by ją wkręciła (śmiech). Ale ja za to lubię gotować i nie mam z tym problemu. Ale partnerstwo to nie tylko dzielenie się obowiązkami. Staramy się też znaleźć przestrzeń dla siebie. Jakiś czas temu Agnieszka postanowiła przyjąć etat w Teatrze Dramatycznym. Wiedzieliśmy, że to się odbije na naszych finansach, ale tylko w takim miejscu ma szansę się rozwijać, grać Czechowa czy Szekspira, co zresztą świetnie robi.

Przed tobą też świetny czas. Grasz główną rolę w serialu "Niania w wielkim mieście". Jesteś gotowy na ten szum, fanki?

- Kiedy zaczynałem zabawę w aktorstwo, nie myślałem o popularności. Chyba w ogóle za dużo nie myślałem (śmiech). Nie lubię tego szumu, ale też jestem już duży, zaczynam rozumieć jak ten nasz show-biznes funkcjonuje, więc czasami troszkę odsłonię gardę. Ale tak szczerze - to nie lubię wywiadów, bo nie ma we mnie nic szczególnego. Żyję zwyczajnie, mam podobne problemy co inni. A jeśli ktoś chce mnie przedstawić jako wzorzec ideału, to chyba idealnie nieidealnego faceta (śmiech).

Rozmawiała: Aleksandra Jarosz

Cały wywiad w najnowszym numerze tygodnika "Świat&Ludzie"!

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »