Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po roli w głośnym filmie musiała uciekać z Polski. Co się stało z Grażyną Długołęcką?

Rola w filmie „Dzieje grzechu” miała być dla Grażyny Długołęckiej (66 l.) przepustką do kariery. Niestety, zamiast upragnionej popularności omal nie doprowadziła jej do tragedii...

W połowie lat 70. reżyser Walerian Borowczyk kompletował obsadę do filmu "Dzieje grzechu". O głównej roli targanej namiętnością Ewy Pobratyńskiej marzyło wiele aktorek, ale szczęście uśmiechnęło się... do jego żony Ligii. 

Reklama

Mimo iż artysta nakręcił z nią połowę zdjęć, to nie ją widzowie zobaczyli na ekranie. O zmianie planów zdecydowało przypadkowe spotkanie w łódzkiej Filmówce, gdzie jedną ze studentek II roku była Grażyna Długołęcka (65 l.).

Urodziwa blondynka, przyjmując rolę Ewy, nie miała pojęcia na co się porywa. Nie przypuszczała nawet, że drzemiące w niej kompleksy oraz wrażliwość wychowanki sióstr urszulanek okażą się dla niej potężną przeszkodą. Wkrótce się o tym przekonała.

Przez pięć miesięcy toczyła z reżyserem nieustanną walkę, prosząc, by nie szafował nagością. Liczyła, że wewnętrzna siła pomoże jej unieść ten ciężar. Niestety, przeliczyła się... 

"Przeżyłam psychiczny dramat" – zwierzała się aktorka.

Po premierze było jeszcze gorzej. Z dnia na dzień stała się bohaterką obyczajowego skandalu. To wtedy usłyszała od przedstawiciela ministerstwa kultury, że była to jej pierwsza i ostatnia rola. Okrzyknięto ją "aktorką wyklętą". 

Plotkowano o niej, opluwano w recenzjach. Doszło do tego, że niechętnie wracała do domu. Tam regularnie czekały na nią przykre niespodzianki – drzwi mieszkania pokryte obelgami, wsunięta pod wycieraczkę bielizna.

Nie wytrzymała tej presji. Nabawiła się nerwicy, wpadła w depresję. Wkrótce stała się wrakiem człowieka. Straciła 14 kg. Była tak niezdrowo wychudzona, że ubrania... wypełniała watą.

Ma jeszcze jedno marzenie

"Dzieje grzechu" miały być dla niej przepustką do kariery, a okazały się przekleństwem. Nie tylko uniemożliwiono jej zrobienie magisterium, ale też na pięć lat znalazła się na czarnej liście. Przez ten czas nie zagrała w żadnym polskim filmie.

"Skoro mnie nie chcieli w aktorstwie, zajęłam się życiem rodzinnym" – opowiadała Długołęcka. 

Wyszła za mąż za Zegirija Sahatgiu, studenta reżyserii i wyjechała do Jugosławii. Tylko od czasu do czasu pojawiała się w Polsce, dementując przy okazji krążące o niej plotki. Z tych, które do niej dotarły prawdziwa okazała się tylko jedna – rzeczywiście została porzucona przez męża, co zresztą boleśnie ją dotknęło. 

"Żyłam tylko wiarą i nadzieją" – wspomina. 

Pewnego dnia poczuła, że ma wszystkiego dość. Położyła się na torach i czekała na przejeżdżający pociąg. 

"Do dziś pamiętam dróżnika, który mnie uratował" – dodaje.

Wkrótce w jej życiu pojawił się kolejny mężczyzna. Dla niego przeniosła się do Szwecji, gdzie mieszkał z córką. Pobrali się, ale i to małżeństwo nie przetrwało próby czasu.

Po rozwodzie Grażyna długo nie mogła znaleźć swojego miejsca na ziemi. Ostatecznie wróciła do Szwecji. Do dziś występuje w teatrach w Malmö i w Sztokholmie. 

"Bardzo chciałabym zagrać w Polsce. To jedno z moich ostatnich marzeń" – mówi. 

Czy ktoś da jej szansę?

***

Dowiedz się więcej na temat: Grażyna Długołęcka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje