Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Paul McCartney miał dość luksusu. Zwolnił wszystkich, od szofera po służących!

Mimo że Paul McCartney (74 l.) zgromadził niebywały majątek, zależy mu na utrzymaniu trzeźwego podejścia do pieniędzy. Tylko u nas możecie przeczytać fragment książki Paula Du Noyera "McCartney w rozmowach".

Masz reputację osoby, która nie otacza się luksusami.

Reklama

Paul McCartney: - Luksus naprawdę nie robi na mnie wrażenia. Uważam, że to faza przejściowa pomiędzy stanem, kiedy nie ma się wielkich pieniędzy, a stanem, w którym ma się ich już trochę. Pierwszą rzeczą, jaką się wtedy robi, jest kupno wielkiego samochodu. Wszyscy takie mają, więc kupujesz rollsa. Po chwili okazuje się jednak, że na zakrętach dostajesz choroby lokomocyjnej, więc myślisz sobie, że wcale ci się nie podoba i wolałbyś forda classic.

Miałem taki samochód na początku. Pozwoliłem sobie kiedyś na luksus i zatrudniłem szofera. Cholera jasna, zrobiłem kiepski interes, bo lubię prowadzić. To jakieś szaleństwo! Pozwalasz komuś kierować samochodem i narażać się na ryzyko wypadku, kiedy sam chciałbyś go poprowadzić.

Próbowałem mnóstwa rzeczy, w tym również zatrudniania służących, którzy mieszkali pod moim dachem - coś strasznego. Miałem wielki dom w Londynie, nie było najgorzej, ale wyrosłem z tego. Jak widzisz, nie jestem specjalnie zainteresowany luksusem, ale lubię wygodę.

Jeżdżę na luksusowe wakacje, bo to fajne, ale bogactwo mnie nie kręci. Pamiętam, skąd pochodzę. Zbyt duży majątek był w naszej okolicy podejrzaną rzeczą. (Roztropnym ojcowskim tonem): Za dużo i za szybko, synu... Kieruj się zawsze zdrowym rozsądkiem i pamiętaj - wszystko dobre, byle w miarę. Mój tato tak mawiał.

Po raz pierwszy zarobiłem większe pieniądze, gdy grałem w The Beatles, bardzo dawno temu. Miałem więc dość czasu, żeby się dostosować, wyznaczyć sobie właściwe tempo i nabrać dystansu. Według mnie to jedyny rozsądny sposób postępowania z pieniędzmi: nie pozwalać, by tobą rządziły, a jednocześnie korzystać z nich w pełni. Przydają się, na przykład kiedy ktoś zachoruje. Nie czekasz wtedy na wstawienie protezy biodrowej. Zdarzają się więc sytuacje, kiedy mogę powiedzieć przyjaciołom, krewnym lub kolegom z firmy: "Nie ma sprawy, ja was wyleczę". W takiej chwili fajnie jest być bogatym.

Najlepszym przykładem jest według mnie John. Kiedy zarobiliśmy pierwsze naprawdę duże pieniądze, wyprowadził się do St George’s Hill w Weybridge, w pobliże klubu golfowego, w okolice zamieszkane przez posiadaczy ziemskich. Po pierwszych sukcesach było nas stać na wszystko, czego zapragnęliśmy. Oszalał na punkcie ciasteczek Jaffa Cakes, dosłownie zwariował: "Jeszcze, jeszcze!" (Paul naśladuje osobę mówiącą z pełnymi ustami). Jakiś tydzień później nie mógł na nie patrzeć i przez resztę życia już nigdy nie tknął takiego ciastka. "Och, nawet nie wymieniaj przy mnie tej nazwy!"

Myślę, że dlatego nie lubię zbytniego luksusu. A jeśli ktoś potrafi to zrozumieć, to jest lepszym człowiekiem ode mnie. Wiesz, co mam na myśli.

Jeżeli chodzi o dobroczynność, to są dwie możliwości: utrzymy­wać swoją szczodrość w sekrecie, i wtedy ludzie uznają cię za skąp­ca, albo nie robić z niej tajemnicy, ale wówczas można wyjść na samochwałę.

Zdarzało się, że ludzi pytali mnie: "Dlaczego nie przeznaczasz więcej pieniędzy na cele dobroczynne?". Odpowiadałem, że to robię, ale w szkole uczono nas, że w Biblii jest napisane: "Nie rozgłaszaj tego". Skądś nabrałem przekonania, że nie powinienem chwalić się takimi rzeczami.

Czy twoje dzieci chodziły do zwykłych szkół?

Tak, do państwowych. (Paul mówi z północnoangielskim akcentem): "Co było dobre dla mnie, to i im wystarczy". Zawsze się bałem, że gdyby poszły do eleganckiej prywatnej szkoły, to pewnego dnia powitałyby mnie protekcjonalnym spojrzeniem i słowami: "Cześć, ojczulku, jak się masz?". Widziałem takie rzeczy. Jeśli rodzice z klasy robotniczej odniosą sukces, to od razu mówią - i trudno ich za to winić, odpuść im, Panie - "dzieciak będzie mieć wszystko, czego myśmy nie mieli".

Znam miliony dzieciaków, które chodzą do publicznych szkół, chcą znaleźć swoje miejsce i mocno stanąć na ziemi. Nagle zdają sobie sprawę, co w życiu ważne: mieć kilku dobrych przyjaciół i zajmować się czymś na poważnie. Tego nauczyło nas życie.

Zawsze myślałem, że jeżeli są naprawdę mądre, to i po państwowej szkole dostaną się na uniwersytet. Mniej więcej tak też się stało. Kusiło nas, żeby posłać je do prywatnej placówki, ale ostatecznie wszystkie uczęszczały do państwowych szkół i chyba wyszło im to na dobre. Wydawało mi się ważne, żeby mocno stanęły na ziemi.

W paru twoich piosenkach przewija się określenie "zwykli ludzie"...

Tak. A właściwie to jacy ludzie są zwykli?

Aż się prosi, żeby o to zapytać.

Chodzi ci o to, co oznacza "zwykli"? Kto jest "normalny"? No, przecież dobrze wiesz. Obaj wiemy. Zwyczajni ludzie? To wszyscy ludzie w okolicy. Wszyscy ci, którzy robią zwykłe rzeczy. Czasami słyszę sam siebie, jak podczas wywiadu mówię: "Jestem tylko zwyczajnym facetem, naprawdę". A potem, jak sądzę, dziennikarze myślą: "Czy ten gość naprawdę powiedział, że jest zwyczajnym facetem?". Przecież jest mnóstwo dowodów, że tak nie jest. Żaden zwykły facet nie jest taki sławny jak ja ani nie ma tyle pieniędzy. Trudno więc udowodnić, że się jest zwykłym.

Tylko że w środku, w głowie czuję się zwyczajny, a przecież to, jaki jestem w środku, to moje prawdziwe "ja". To, które teraz do ciebie mówi. To mój umysł, nie powierzchowność. Wracam do Liverpoolu, bo bardzo lubię tamtejszą prostolinijność: "Wszystko w porząsiu, Paul? Nie podoba mi się ta kurtka, gdzieś ty ją dorwał? Kurwa mać!". A ja na to: "Dobra, spierdalaj". Czuję się tam u siebie i wolę taką gadkę niż (arystokratycznym tonem): "Jak się masz, Paul. To naprawdę superkurtka. Czy może od Paula Smitha?". Naprawdę nie czuję się dobrze z takimi ludźmi.

Jak widzisz, mam obsesję na punkcie zwyczajności. Chodzi o to, że zwykłe towarzystwo i zwykli ludzie odpowiadali mi najbardziej. Nigdy nie znalazłem nic lepszego - a szukałem, wierz mi.

***

(...) McCartney nigdy nie przestał identyfikować się ze zwykłymi ludźmi. Podczas rozmowy o trasie koncertowej z 1990 roku powiedział mi: - Specjalnie dodaliśmy koncert w Pittsburghu, bo to robotnicze miasto, tak jak Glasgow, Liverpool czy Newcastle...

Lubię tych ludzi, naprawdę. Zawsze czuję się swobodnie przed takim tłumem, bo wydaje mi się, że ich znam. Jeżeli to bogaci nowojorscy yuppies - nie jestem przekonany, czy ich znam, czy wiem, co myślą, więc czuję się trochę skrępowany. W obu wypadkach jednak trzeba wyjść na scenę i zagrać. Nowy Jork to bogate miasto. Spotyka się tam często ludzi w koszulach i krawatach. Koszule i krawaty mi się podobają, ale nie lubię, kiedy ktoś przychodzi w nich na mój występ... No chyba że to liverpoolscy piłkarze. Zjawili się na jednym z koncertów Wings i wyglądało to odlotowo - gajery z czerwonymi krawatami. W ich przypadku mogłem to zaakceptować, w końcu to The Boys.

W rodzinnym mieście Paula panowała zawsze szorstka, demokratyczna atmosfera. McCartney przez całe życie starał się postępować tak, jakby nadal tam mieszkał.

- W dzieciństwie jeździłem po Liverpoolu autobusem, wysiadałem na każdym przystanku po drodze na Penny Lane i zastanawiałem się, kto mieszka w okolicy. A potem wsiadałem do następnego autobusu. Nadal lubię tak robić - posiedzieć i popatrzeć na ludzi. Wczoraj wieczorem pojechałem do domu metrem, bo byliśmy w teatrze i nie mogliśmy złapać taksówki na West Endzie. To było dość ekscytujące.

George nigdy tak nie robił. Jego tato był kierowcą w komunikacji miejskiej. Powiedziałem mu kiedyś, gdy już byliśmy sławni, że lubię jeździć autobusem, a wówczas on powiedział (zaskoczonym tonem): "Ale dlaczego autobusem? Przecież masz samochód, chłopie!". A ja uwielbiam jeździć komunikacją publiczną, bo wtedy przebywam wśród ludzi. To objaw lekkiego voyeuryzmu. Teraz, kiedy jestem sławny, ludzie patrzą również na mnie. Wczoraj wieczorem jeden z drugim nie wytrzymali i wybuchnęli śmiechem. Facet w bejsbolówce zdecydował, że musi ochłonąć, i wysiadł na tym samym przystanku, rzucając mi: "Siema, chłopie. Powodzenia!". To było odlotowe.

Lubię jeździć metrem. Nie mam z tym problemu. To odświeżające doświadczenie i dobrze mi robi. Niezdrowo jest myśleć przez cały czas o sobie jako o grubej rybie. W The Beatles od czasu do czasu nawzajem sobie o tym przypominaliśmy. Myślę, że status gwiazdy wiąże się z dużym ryzykiem.

Można na przykład dostać bez problemu stolik w każdej restauracji. Dzwonię i pytam:

"Macie wolne miejsca na dziś wieczór?"

"Przykro mi, proszę pana, wszystko zajęte".

"Mówi Paul McCartney".

"Och! Ależ oczywiście! Proszę bardzo, panie McCartney! Na ósmą?"

Człowiek przywyka do lepszego traktowania, a jednak nigdy nie czułem się swobodnie w takiej sytuacji. "Ach tak?! Nie ma wolnych miejsc? A jednak mnie wpuścicie!" A wtedy ktoś po drugiej stronie myśli sobie: "Ten facet wykorzystuje swoją pozycję! Co za drań!". Nie lubię tego.

Paul Du Noyer, "McCartney w rozmowach", tłum. Maciej Studencki, Copyright ©  by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. 2016

***

Mamy dla was kilka egzemplarzy książki "McCartney w rozmowach". Szczegóły na naszym profilu na Facebooku!

***

Zobacz więcej materiałów o gwiazdach:

pomponik.pl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Paul McCartney

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »