Natasza Urbańska (zobacz!) od blisko 30 lat jest muzą Janusza Józefowicza i dyżurna odtwórczynią głównych ról w jego spektaklach. Mąż tylko raz próbował udawać, że jest obiektywny i ogłosił casting do spektaklu „Legalna blondynka”, który realizował dla jednego z krakowskich teatrów. Skończyło się na tym, że rolę osiemnastoletniej studentki i tak zagrała Natasza, wówczas 38-letnia, zaś jedynym śladem po „obiektywizmie” było to, że wymieniała się na scenie z Barbarą Kurdej-Szatan.
Taki małżeńsko-zawodowy układ ma tę zaletę, że Urbańska nie narzeka na brak pracy. Oraz taką wadę, że ilekroć chce coś zrobić sama, mało kto traktuje ją poważnie.
W rezultacie pierwszym, po nakręconej w 2011 roku „1920 Bitwie Warszawskiej” gdzie zagrała u Jerzego Hoffmana, z fatalnym zresztą skutkiem, filmem, do którego załapała się Natasza, była ekranizacja powieści Blanki Lipińskiej „365 dni”.
Wprawdzie film uzyskał fatalne recenzje i 7 nominacji do Złotych Malin, ale wszystko wynagrodziła ekipie oglądalność. Kiedy Netflix podjął decyzję o nakręceniu kontynuacji „dzieła”, Urbańska ponownie wcieliła się w byłą kochankę filmowego Massimo.
Natasza Urbańska odważnie epatuje ciałem
Jak ujawniła po premierze, mężowi nie przeszkadzało to, że pokazała trochę ciała. Zresztą Urbańska konsekwentnie przyzwyczaja małżonka do tego, że coraz chętniej improwizuje z ubraniami, a konkretnie ich brakiem. Na swoim Instagramie zamieszcza odważne zdjęcia, a to w bieliźnie, a to w kostiumie kąpielowym, a to w świątecznej kokardzie i niczym więcej. Jak wyjaśnia w rozmowie z Pomponikiem, mąż nie ma nic przeciwko temu, że po dwóch godzinach pracy stylistów Natasza wychodzi z domu w koronkowej bluzce z dekoltem do pępka i z absurdalną torebusią, która sprawdziłaby się jako etui na wizytówki, gdyby ich jeszcze ktokolwiek używał...Jak wyznała Pomponikowi:
Mój mąż mnie mocno wspiera, myślę, że jest ze mnie dumny i myślę, że podobam mu się jako kobieta, więc nie ma nic przeciwko temu, co ja wybieram, jak ja wyglądam, bo przecież ja się ubieram dla siebie, a on tylko cieszy oczy. To jest zawsze zaskoczenie, bo ja ustalam swoje stylizacje z Bartkiem Indyką i to są nasze decyzje. A dalsze decyzje to są moje decyzje, bo to ja przychodzę i wybieram, co chciałabym założyć, a mój mąż zawsze się uśmiecha: „No, pięknie wyglądasz”.
Jak ujawnia Natasza, takie frywolne podejście do mody podpowiada jej intuicja. Okazuje się, że tym wyczuciem dysponuje od wczesnej młodości:
To jest chyba wszystko kwestia czasu, miejsca i tego, co miałabym założyć i czemu miałoby to służyć. Nie mówię „nie”, bo moda jest zabawą, często przymrużeniem oka i myślę, że ma otwartą bardzo głowę. Bardzo dużo rzeczy już zakładałam do tej pory, na które mogłabym sobie nie pozwolić, ale w sumie czemu nie? Trzeba próbować. Tak jak z moją mamą chodziłyśmy kiedyś po sklepach, ja sięgałam po takie rzeczy, a moja mama: to jest najgorsza rzecz, jaką można wybrać. Po czym zakładałam, a mama: „No rzeczywiście, fajnie to wygląda”. Więc nie można się bać ciuchów, trzeba próbować i robić to po swojemu.
Baliście się kiedyś ciuchów? Natasza wprawdzie zapewnia, że ona nie, a jednak jakoś ich ostatnio unika...
Zobacz też:
Skandal z Fabijańskim. Narkotyki, zdrada i transseksualista w tle
Małgorzata Socha wypoczywa nad morzem. "Chyba wieje"




***








