Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika i Robert Gawlińscy: Zrozumieli, że to był znak od Boga

Na początku się szarpali, ale dzisiaj ich uczucie jest silniejsze i głębsze niż kiedykolwiek.

Są dowodem na to, że w życiu nie ma przypadków. Bo trudno nazwać przypadkiem małżeństwo, które trwa ponad 30 lat i stawiane jest za wzór w świecie show-biznesu.

Reklama

Najpierw on wpadł jej w... ucho. W radiu puszczali utwory zespołu Madame, w którym na początku grał Robert Gawliński (55 l.). Monika (51 l.) miała wtedy 17 lat i głowę pełną marzeń. Któregoś letniego dnia wpadła z koleżanką do warszawskiego klubu studenckiego Stodoła. W drzwiach minęła muzyków dźwigających sprzęt. Na jednym z nich dłużej zatrzymała wzrok... i już wiedziała, że to właśnie ten!

Przed nią była matura, a on, długowłosy 21-latek z niebiańskim głosem, w którym podkochiwały się wszystkie nastolatki, szykował się w trasę koncertową. Kiedy po miesiącu niespodziewanie pojawił się u niej i oświadczył, że się w niej zakochał, była ledwie żywa z wrażenia. Życie z muzykiem okazało się jednak nie takie proste.

Roberta tygodniami nie było w domu. Koncertom towarzyszył alkohol i tłumy rozhisteryzowanych fanek. Pokusy były na wyciągnięcie ręki. A po powrocie do domu szara rzeczywistość i regularne awantury. Włącznie z rzucaniem nożami i wywaleniem telewizora z okna. Ale wszystko przetrzymali. Dotarli się.

Zaczęli planować ślub. Ale trzy dni przed wyznaczonym terminem Robert dowiedział się, że ma nowotwór przysadki mózgowej...

- Na miejsce w szpitalu trzeba było czekać. Monika nalegała, byśmy mimo wszystko się pobrali. Nie wiedziałem, czy przeżyję operację, więc postanowiłem się dobrze bawić. Gotowaliśmy, chodziliśmy na spacery, zapraszaliśmy znajomych, słuchaliśmy muzyki. W końcu nadszedł termin operacji. Miałem szczęście. Kiedy wyzdrowiałem, poczułem ciężar odpowiedzialności. Zacząłem zauważać, jak szybko ucieka czas. Z chłopca zmieniłem się w mężczyznę - wspominał w jednym z wywiadów muzyk.

Kiedy wyszedł ze szpitala, mogli wreszcie się pobrać. - Ślub był dla nas mistycznym przeżyciem. Płakałam ze szczęścia, że odnaleźliśmy się w świecie i że już zawsze będziemy razem - dodaje wzruszona Monika. - Dostaliśmy wtedy znak, chyba od Boga. Pobraliśmy się w 1987 roku i zrobiliśmy sobie zdjęcia ślubne. Ale zakład fotograficzny się spalił. Ocalało tylko jedno zdjęcie, które wisiało na wystawie. Nasze zdjęcie. Jest trochę przypalone od tyłu, ale bez poważnego uszkodzenia. Jak nasz związek - mówi Robert.

Kiedy powstał zespół Wilki, Monika została jego menadżerką. Miała męża na oku, a grupa była wtedy u szczytu popularności. Ale kiedy na świat przyszły bliźniaki Beniamin i Emanuel, miała ochotę powiedzieć mężowi: dość! - Robert był przy porodzie, ale następnego dnia już pojechał w trasę. Koncertował, imprezował, a ja siedziałam z chłopcami w domu. Traciłam grunt pod nogami. Bałam się, że wpadnie w nałóg. A potem Wilki się rozpadły, my zmieniliśmy adres i zaczęliśmy życie od nowa - wspomina Monika.

Reaktywacja zespołu to zupełnie inna dojrzałość małżonków. - Uspokoiłem się. Kiedyś znikałem, krzywdziłem. Ale to tylko wzmocniło nasze małżeństwo. Jestem cholerykiem. Robię krótkie, mocne burze, ale szybko mi przechodzi - wyznaje Robert. - Nigdy w życiu nie spotkałam fajnego faceta poza moim mężem. Jestem od niego uzależniona. Bez niego w ciągu jednego weekendu zwyczajnie umarłabym z tęsknoty - dodaje pani Monika.

Robert Gawliński jest naprawdę wspaniałym ojcem. Ma z synami znakomity kontakt. Chociaż są dorośli, stara się przekazywać im to, co dla niego jest ważne. Młodzi mężczyźni mają już po 25 lat, długie włosy, jak ojciec i tak jak rodzice kochają muzykę. Beniamin gra i śpiewa w zespole razem z ojcem, Emanuel gra na basie we własnym zespole. Może kiedyś dołączy do Wilków?

Monika i Robert Gawlińscy są przekonani, że wszystko, co najtrudniejsze, już za nimi. I że na zawsze będą już razem. Wspólna praca czasem rodzi napięcia i konflikty, ale oni już potrafią sobie z tym radzić. - Kochamy się! To jest najlepsze, co się może zdarzyć ludziom, którzy zgadzają się ze sobą i mają wspólne pasje. Nie tracimy czasu na obrażanie się na siebie. Prawdziwa miłość do drugiej osoby to chęć przeżywania wspólnie miłych, fajnych rzeczy - mówią jednogłośnie.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: Robert Gawliński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje