Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mieczysław Hryniewicz: Od życia dostałem dużo więcej niż oczekiwałem

Jesień życia wypełniają mu przyjemności. Lubi czytać wiersze, podróżować, kocha pracę na planie serialu. O sobie mówi, że jest dzieckiem szczęścia.

Typ romantyka, raczej spokojny duch. Nigdy nie rozpychał się łokciami, nie płakał, że coś nie wyszło. Może dlatego tyle mu się udało?

Reklama

Urodził się pan w Wąsoszu na Dolnym Śląsku, ale pańskie korzenie sięgają wielu innych miejsc na świecie.

Mój ojciec przyszedł na świat w Nowym Jorku, a babcia pochodziła z Węgier. Przed wojną rodzice mieszkali w Kołomyi. Tam się poznali i pobrali. Mój dziadek był stolarzem, potem tego fachu nauczył się mój tata. Ale wybuchła wojna i wszystko się zmieniło. Ojciec został zmobilizowany. Wyszedł z domu 30 sierpnia 1939 roku, zostawiając żonę i córkę, a wrócił po pięciu latach.

Jak udało mu się przeżyć?

Zaraz po 17 września dostał się do niewoli w Niemczech. Jako że był stolarzem, przymusowo zaczął pracę w fabryce szaf. I tak przetrwał. Gdy wojna się skończyła, wrócił do Polski. Szedł piechotą od Berlina wraz z kolegą z Łodzi. Matki w Kołomyi nie było, bo te tereny należały już do ZSRR. Nie chciała zostać Rosjanką, więc jak wielu innych Polaków spakowała cały dobytek, wraz z warsztatem stolarskim ojca, i wsiadła do pociągu, który zawiózł ją do Wąsosza. Opowiadała potem, że jechała dość "luksusowo", bo miała do dyspozycji pół wagonu.

Ojciec wiedział, gdzie szukać swojej rodziny po wojnie?

W takim położeniu jak on było przecież wielu, więc Czerwony Krzyż zorganizował akcję poszukiwawczą. Były audycje w radiu, były ogłoszenia wywieszane na drzewach, ruinach domów. Mama potem opowiadała, że jak moja najstarsza siostra dowiedziała się, iż ojciec wrócił, to wybiegła ze szkoły i na skróty pobiegła przez staw. Mało się wtedy nie utopiła. A rodzice... przeżyli razem 62 lata.

Opowiadali o Kołomyi?

W domu rzadko wracali do tamtych czasów, ale wiem, że bardzo tęsknili, bo tam przecież spędzili młodość.

Pan młodość spędził...

Beztrosko. Chciałem latać. W Wąsoszu było pastwisko, na którym często siadały szybowce startujące z aeroklubu w Lesznie. Przychodziłem na to pastwisko i czasem udawało mi się przelecieć samolotem. W zamian za recytację wiersza, bo od dziecka kochałem poezję.

Dlaczego nie został pan pilotem?

Po pierwsze, miałem leniwe lewe oko, czyli niedowidziałem. Po drugie, jedyną drogą do zostania pilotem w tamtym okresie było pójście do wojska. Nie chciałem. Mój ojciec też mi odradzał. On zresztą wolał, abym został rzemieślnikiem, miał dobry zawód. W Poznaniu, do którego przeprowadziliśmy się później, skończyłem technikum budowlane i zostałem z zawodu hydraulikiem.

A potem aktorem.

I wiem, że od życia dostałem dużo więcej niż oczekiwałem.

Los aktora, los szczęścia?

Piękno tego zawodu polega na tym, że jeden telefon może odmienić twoje życie. Gdy kończyłem studia, nie miałem konkretnych celów zdobycia tego czy tamtego "szczytu". Nie bardzo potrafiłem poruszać się w środowisku, nie miałem mistrza. Po studiach trafiłem do Teatru Narodowego, którego dyrektorem był Adam Hanuszkiewicz, zagrałem też w wielu filmach.

Popularność przyniosła panu rola w serialu "Zmiennicy".

I wiem, że gdybym nie był w odpowiednim czasie i miejscu, to nie dostałbym tej szansy.

Czyli przyjmował pan życie takim, jakie jest?

Nie siedziałem i nie płakałem, kiedy telefon z propozycjami nie dzwonił. W stanie wojennym malowałem mieszkania za Żelazną Bramą czy na Żoliborzu. Wyjeżdżałem na saksy do Francji. A gdy przychodziła ciekawa propozycja roli, stawiałem się na próbnych zdjęciach w umówionym miejscu i czasie. Szczęśliwie nigdy nie byłem długo bezrobotny. I dbałem o przyszłość. Można powiedzieć, że jestem żywą reklamą ZUS-u i mogę cieszyć się całkiem przyzwoitą emeryturą. I wciąż jestem w zawodzie. Od 15 lat gram w serialu "Na Wspólnej".

Nie jest zbyt nudno?

Ależ skąd. Czy wie pani, jakie to były emocje, gdy rozwodziłem się z moją serialową żoną? Nagle po tylu latach kazali nam się kłócić, a my z Bożeną Dykiel byliśmy po prostu wykończeni. Ja w ogóle nie lubię się kłócić. Życie jest za krótkie, by tkwić w konfliktach.

Pana pierwsze małżeństwo było krótkie.

Było spokojne i też spokojnie się rozstaliśmy. Nie protestowałem, gdy w latach 80. żona postanowiła wyjechać z synem do Stanów. Czasem myślę, że może to był błąd, bo straciłem z nim kontakt, którego nie udało się odbudować. A z drugiej strony - przyszłość w Ameryce wydawała mi się lepsza. Potem od życia dostałem piękną miłość, Ewę, a wraz z nią jej córkę Matyldę, teraz wnuki.

I jesteście razem już 20 lat. Naprawdę nie kłócicie się z żoną?

Ewa nie lubi hałasu. A jeśli coś zawiśnie w powietrzu, to po prostu otwieramy okno. Poza tym, w porównaniu z 64 latami wspólnego życia moich rodziców, to my wypadamy marnie.

W dzisiejszych czasach to bardzo długi staż.

Chce pani powiedzieć,że teraz ludzi łączą SMS-y? A miłość wyznaje się przez internet?

Tak właśnie.

Zawsze mówiło się, patrząc w przeszłość, że świat idzie ku katastrofie, a młodzież jest nie do zniesienia. A świat idzie do przodu. Miłość to zawsze jest miłość.

Proszę więc podać receptę na udany związek?

Nie mam żadnej recepty. Mój ojciec zawsze powtarzał: "żeby wziąć, najpierw trzeba dać". I tak starałem się postępować. A to jest ogromna potęga. Nam bardzo udało się życie. Wybudowaliśmy dom w Poznaniu, doczekaliśmy wnuków, możemy realizować pasje. Ewa pięknie maluje, projektuje scenografie teatralne, a także wnętrza mieszkań. Ja jeżdżę po Polsce z gawędą poetycką pt. "Poezja może uratować świat", gdzie opowiadam o poetach, których znałem i coś im zawdzięczam.

Żałuje pan czegoś w życiu?

Tylko tego, że moja młodość przypadła na czasy, kiedy nie mogłem podróżować. Mając 62 lata, poleciałem zobaczyć wodospad Niagara. Mogłem oglądać go z wiszącej gondoli. Generalnie nie czuję się staro, ale wtedy pomyślałem, jak inaczej przeżywałbym to, mając 16 lat. Wtedy już wszystko o Niagarze wiedziałem.

Czuje się pan spełniony?

Żyję pięknie, w towarzystwie serdecznych ludzi, prywatnie jestem więc bardzo spełniony. A zawodowo chciałbym jeszcze posmakować dobrego teatru. I może... trochę schudnąć.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: MIeczysław Hryniewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje