Reklama

Reklama

Reklama

Michał Olszański: Żona zawsze była dla mnie wsparciem!

Michał Olszański (63 l.) jest wdzięczny losowi, że na jego drodze postawił tak wspaniałą kobietę. To ona wspierała go w trudnych chwilach, gdy przed laty siedział w więzieniu. To również żona wytłumaczyła mu, że orientacja jednego z ich synów nie ma żadnego znaczenia, bo najważniejsze jest to, że ze swoim partnerem jest szczęśliwy. "Dziś mamy bardzo fajne relacje" - cieszy się dziennikarz.

Dobry Tydzień: Pana droga do radia i telewizji była dość kręta.

Michał Olszański: Mama-wydawca i tata-dziennikarz chcieli, abym kontynuował ich tradycję, skończył polonistykę lub pokrewne studia. Ale we mnie była silna potrzeba pomagania ludziom. Na uniwersytecie właśnie utworzono nowy kierunek – resocjalizację i profilaktykę społeczną. I go wybrałem. 

Lekarz też pomaga. Pana dziadek był doktorem.

- Marzyłem o tym zawodzie, lecz byłem słaby z przedmiotów matematyczno-fizycznych. Wiedziałem, że to jest bariera. 

Reklama

Był pan dyrektorem Szkolnego Ośrodka Socjoterapii, pracował z trudną młodzieżą. Skąd ta pasja?

- Myślę, że to się wiązało z tęsknoty za buntem. Moje dojrzewanie przypadało na przełom lat 60. i 70. Królowała Janis Joplin, długie włosy, trwała rewolta młodych. Tylko że mi i siostrze rodzice nie dawali powodów do kontestowania, bo mieliśmy fajny dom. Więc ta tęsknota spowodowała, że fascynowała mnie młodzież, która była w kontrze do norm społecznych.

Skoro chciał pan pomagać, dlaczego odszedł ze szkoły do radia, a potem telewizji?

- Miałem wrażenie, że nasza koncepcja pracy z trudną młodzieżą, która opierała się na chowaniu jej pod kloszem, po 1989 roku nie ma racji bytu. Zaczął się czas ludzi aktywnych, ambitnych, walczących o siebie. Poza tym wypaliła się moja wychowawcza cierpliwość. No i z pomocą ojca mojej Magdy zaczęliśmy budować dom. Wiedzieliśmy, że jeśli oboje zostaniemy w budżetówce, trudno nam będzie związać koniec z końcem.

Z żoną poznaliście się na studiach, jesteście 40 lat po ślubie. Magda wciąż jest terapeutką. Dlaczego wam się udaje?

- Moim zdaniem, sukces małżeństwa opiera się na przeciwieństwie charakterów. Im bardziej małżonkowie są różni, tym związek jest trwalszy. Ja jestem ekstrawertykiem, optymistą, osobą otwartą na świat. Magda lubi ogród, książki, zwierzęta. Mówi, że w swojej pracy ma tyle kontaktów z ludźmi, że po powrocie do domu nie czuje potrzeby wychodzenia. A mnie ciągle gdzieś gna. I tak wojujemy sobie. Ale najważniejsze jest to, że ludzie muszą coś czuć do siebie, musi być chemia. Nie wierzę w związki, gdzie partnerzy nie lubią przytulić się do siebie, nie lubią być ze sobą.

Ma pan za sobą pobyt w więzieniu...

- Moją odsiadkę nazywam dziewiątym semestrem studiów, bo jako terapeuta zobaczyłem areszt od środka. Siedziałem w Poznaniu, cztery miesiące. Zamknęli mnie po rozbiciu naszej siatki Solidarności. Magda została sama z synami, najmłodszy miał wtedy sześć tygodni. Muszę powiedzieć, że są sytuacje w życiu, które bardzo porządkują system wartości, takie jak ciężka choroba, śmierć bliskiej osoby. Dla mnie odsiadka była takim przeżyciem. Zrozumiałem, co to znaczy, że mam synów, że Magda na mnie czeka. Zobaczyłem, że życie jest piękne i co jest ważne, a co mniej.

Kto panu najbardziej pomógł?

- Żona. Ją muszę wymienić na pierwszym miejscu. Miałem kilka trudnych momentów w życiu, ale od Magdy zawsze dostałem ogromne wsparcie. Mam do niej wielkie zaufanie. 

Wiem, że miał pan problemy wychowawcze z synem.

- Po przeprowadzce przestał się uczyć, wyleciał z jednej, potem drugiej szkoły. Wpadł w złe towarzystwo, nałogi, a ja nie zareagowałem w porę. Na szczęście ogarnął się i pojechał szukać szczęścia w Anglii. Powiem tylko, że Janek wrócił z Wysp, ma wspaniałą rodzinę, żonę Małgosię, córki: Liwię i Nadię. Jest biznesmenem, działa na rynku modelarstwa, świetnie sobie radzi.

A drugi syn?

- Antek jest w związku ze swoim przyjacielem Karolem. Dla ojca zrozumienie tego nie jest łatwe, trzeba było czasu, by to wszystko poukładać, w czym znowu bardzo pomogła mi żona. Dziś mamy bardzo fajne relacje z naszymi synami.

Był moment w pana życiu, gdy miał pan dość?

- Nie. Nigdy nie wpadłem w depresję, nie doświadczyłem chwili totalnego zwątpienia. Do życia ustawiam się zadaniowo. Jest problem, to trzeba znaleźć rozwiązanie. Nie rozdrapywać ran, tylko zrobić wszystko, by wyjść cało z dramatu.

A gdyby ktoś zapytał pana o dobrą życiową radę?

- Dobrymi radami piekło jest wybrukowane. Mam jedno spostrzeżenie, że warto być odważnym, podejmować śmiałe decyzje. Kto nie próbuje, kto sięga po połowiczne rozwiązania, nie będzie szczęśliwy. Jeżeli coś cię uwiera, zdejmij but i wyjmij ten kamień, bo inaczej rana ciągle będzie krwawić.

Za co dziękuje pan losowi?

- Za rytm przyrody, który wyznacza nasze życie. Jest wiosna i jesień. Młodość i starość. Jest noc, ale przyjdzie świt. Po smutku zawsze jest moment radości. Oczywiście, kiedyś ten świt nie nadejdzie, będzie koniec. Ale zanim to nastąpi, jeszcze tyle pięknych rzeczy może się zdarzyć.

Rozmawiała: Iwona Spee

Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Michał Olszański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy