Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Mayte Garcia: Moje życie z Princem

Mayte Garcia (44 l.) poznała Prince’a (+58 l.), gdy miała 16 lat. Urzeczona charyzmą i talentem pracowała w jego zespole jako tancerka i piosenkarka. Po kilku wyczerpujących, ale wspaniałych latach została jego żoną.

W książce "The Most Beautiful" opisuje ich wspólną, ciężką pracę, drobiazgowo przygotowywane koncerty, pedantycznie dopracowywane nagrania płyt i clipów, zależności między członkami zespołu i ich relacje z leaderem.

Reklama

Głównym walorem książki jest jednak ukazanie prywatnego życia Prince’a: życia za kulisami, o którym nie wiedzą nawet  jego najwierniejsi wielbiciele.

Mayte wspomina go jako oddanego przyjaciela, czułego i wspaniałego męża, opisuje ich wielogodzinne rozmowy, poruszające wyznania, zaręczyny i perfekcyjnie przygotowany przez Prince’a ślub. Nie waha się opowiedzieć także o macierzyństwie, które trwało bardzo krótko i zakończyło się śmiercią ich dziecka. Wreszcie pisze o rozstaniu i chwili, gdy dostała ostatnią wiadomość o swoim byłym mężu - o jego śmierci.

Fragment książki "Moje życie z Princem"

***

Nigdy nie opowiadał mi na temat jego relacji z innymi kobietami, a ja nie pytałam. Stosował pewnego rodzaju skrót. Jeśli przydzielał dziewczynie ochroniarza, oznaczało to: "Nie rozmawiaj z nią, nie patrz na nią, ona jest moja".

Carmen miała ochroniarza przed trasą. A teraz nagle ja też miałam ochroniarza. Nie naciskałam w kwestii wyjaśnień, ale również nie poszłam z nim do łóżka. Robiliśmy więcej niż podawanie sobie rąk, ale istniała linia, której żadne z nas nie było gotowe przekroczyć.

Seksualność była źródłem twórczej energii Prince’a. Uciekał się do niej w najbardziej bolesnych momentach swojego życia. Wiedziałam, o co mu chodzi, kiedy mówił o czyjejś "historii" i cieszę się, że moja rozpoczęła się właśnie z nim.

(...)

- Myślę, że już czas.

- O co chodzi? - zapytałam jak idiotka.

- Już. Nadszedł czas.

- Na...

- Żebyś zaczęła stosować antykoncepcję.

Ludzie, jaką ja musiałam wtedy zrobić minę. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić.

- Och.

- Z moich ust wyszedł nerwowy chichot.

- Jak... jak mam to zrobić?

- Pójść do lekarza.

- No tak. Tak, jasne - powiedziałam, nie chcąc się przyznać, że nigdy nie byłam u ginekologa i że byłam przerażona na samą myśl o tym. Nie będę się zagłębiać w opisie, jak bardzo to przeżywałam - miałam wrażenie, że setki razy umieram - próbując umówić wizytę, wytrzymać cytologię i kiedy zmuszałam się, żeby pokazać w aptece receptę, bo miałam wtedy prawie 20 lat.

Jestem pewna, że dwudziestolatkowie, którzy teraz to czytają, tylko przewracają oczami. Musicie zrozumieć, nie byłam nieświadoma tych wszystkich spraw, ale miałam za sobą traumatyczne przeżycia z czasów dzieciństwa i byłam bardzo ostrożna w kwestii tej części mojego ciała. Byłam wdzięczna - wtedy i nadal - że Bóg zesłał mi kogoś, kto był odpowiednio wrażliwy, żeby nie mieć z tym problemu, nawet jeśli nie do końca rozumiał, dlaczego dokładnie potrzebowałam tyle dodatkowego czasu i cierpliwości.

Z tydzień później napisałam w swoim pamiętniku dużymi literami: "9 lutego 1993 rok - już nie dziewica". Na marginesie narysowałam mrugającą, uśmiechniętą buźkę. To była dla mnie poważna sprawa. I tylko tyle powiem na ten temat oprócz rady dla dwudziestoparolatków: cierpliwość popłaca.

***

W noc przed cesarką moje ciało wkroczyło w stan porodu. Z godziny na godzinę cierpiałam coraz bardziej, lekarze próbowali złagodzić mój stan środkami przeciwbólowymi. Mąż siedział przy mnie, ściskając za rękę. Dopiero kiedy pogładził mój policzek i wprowadził mnie w hipnozę, delikatnie szepcząc mi do ucha, poczułam ulgę.

- Przejdziemy przez to i wszystko będzie w porządku. Kocham cię. Jestem obok. Nic złego się nie wydarzy.

Poprosiłam, żeby to pielęgniarka Angela była przy porodzie. Potrzebowałam tej pozytywnej, opiekuńczej energii. Roześmiałam się, kiedy mi powiedziała: - Ten twój facet będzie tutaj w fartuchu. Powiedziałam mu: "Pan tu nie rządzi, ja tu rządzę". - Nie wierzę. - A właśnie, że tak.

Ogolili mnie, przygotowali i zawieźli na salę, a ja wybuchnęłam śmiechem, kiedy zobaczyłam go w fartuchu, butach na obcasie i dużej czapce.

- Ślicznie wyglądasz - powiedziałam.

- Wiem - odparł, po czym zapytał lekarkę:

- Czy te wszystkie światła muszą być włączone?

- Niestety tak.

Podeszła do mnie korpulentna pielęgniarka, przedstawiła się, po czym powiedziała:

- Znienawidzi mnie pani.

Do jej obowiązków należało przytrzymywanie mojej głowy, kiedy będą mi robili znieczulenie zewnątrzoponowe.

- Proszę powiedzieć, kiedy będzie bolało jak ból zęba - powiedziała lekarka.

- To znaczy... Och! O Boże. Okej. Dobra.

- Czuje to pani? A to? A w tym miejscu?

- Tak. Tak. Czuję wszystko.

- W porządku, jest gotowa.

- Czuję! Czuję wszystko!

- Będzie pani czuła - powiedziała.

- Będzie Pani czuła, ale nie będzie bolało. 

Mąż ścisnął moją rękę, kiedy mnie rozcinali. Jego twarz była blisko mojej, mówił delikatnym głosem, uspokajając i motywując mnie, innym razem zaczął się wygłupiać, jakby nie potrafił oddychać za tą maską, dopóki nie ubłagałam go:

- Och, przestań mnie rozśmieszać.

Wydawało się, że wszystko trwa strasznie długo. Nastąpiło dziwne szarpnięcie. Jakby rozpinali sukienkę, która jest zbyt ciasna. W tle grała delikatna muzyka - harfy, gitary, muzyka typowa dla spa - ale usłyszałam dźwięk cieczy. Zasysanie. Klik narzędzi. Czułam, jak wyciągnęli ze mnie dziecko.

- To chłopiec!

Nie wiem, jak opisać wyraz twarzy mojego męża. Czysta radość. Czysta miłość. Czysta wdzięczność. Widziałam jego minę, kiedy stał przed 48 000 tysiącami krzyczących fanów na stadionie. Widziałam, jak jego albumy osiągały status platyny i otrzymywał najważniejsze nagrody w branży. Widziałam, jak doświadcza ekstazy kreatywnego geniuszu. Żadna z tych rzeczy nie równała się wyrazowi jego twarzy w momencie, w którym został ojcem.

A potem podnieśli dziecko do tego brutalnego światła. Przez zatrzymaną w miejscu sekundę nie widziałam nic poza piękną duszą mojego syna. Nie słyszałam nic poza jego perfekcyjnym milczeniem. Nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Moje serce wypowiedziało jego imię. Amiir. Czysta radość na twarzy mojego męża zmieniła się w czyste przerażenie.

Na zimnych, białych stronicach tekstów medycznych można przeczytać o zespole Pfeiffera typu 2, zaburzeniu genetycznym, które powoduje nieprawidłowości szkieletowe i ogólnoustrojowe. Kraniosynostoza jest przedwczesnym zrośnięciem się kości w czaszce, co czasami doprowadza do ukształtowania się czaszki w kształcie trójlistnej koniczyny, w której oczy są ulokowane poza oczodołami.

Brachydaktylia jest złączeniem się kości w rękach i nogach, które przypominają wtedy sieci lub łapy. Atrezja odbytu to brak odbytu, co oznacza zagrażające życiu nieprawidłowości w okrężnicy i jelitach. Tego wszystkiego nauczyłam się później.

Byłam biegła w języku, w którym nie chciałam mówić. Ale w tamtym pierwszym momencie nie rozumiałam, na co patrzę. Miałam wrażenie, że jesteśmy w środku wiru wodnego, a pokój wokół nas obracał się sam z siebie, krzywiąc się i wszystko odwracając. Był tylko moment strachu. Chwilę potem staliśmy się rodzicami.

pomponik.pl

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Prince

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »