Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marzena Rogalska dopiero teraz jest szczęśliwa?! Niedawno rozstała się z partnerem!

Mówi, że jest szczęśliwą singielką. Potrzebuje czasu dla siebie, by odpocząć po długim związku. Ale na brak powodzenia Marzena Rogalska (48 l.) nie może narzekać.

Przez 14 lat miała partnera, ale miłość się wypaliła. Nie czuje jednak pustki ani samotności. Dużo pracuje, ma przyjaciół i rodzinę. Nam Marzena Rogalska szczerze opowiada o szczególnej relacji, która łączyła ją z ojcem. Bardzo przeżyła jego odejście. Wierzy, że tata ciągle nad nią czuwa.

Reklama

Udało Ci się sięgnąć po marzenia. Napisałaś kolejną książkę, grasz w teatrze... 

To prawda. W młodości chciałam śpiewać i być aktorką, zdawałam trzy razy do szkoły teatralnej, ale się nie udało. Po pierwszym roku studiów pedagogicznych wzięłam urlop dziekański i występowałam w musicalu "Metro". Potem wróciłam na studia i zakochałam się w dziennikarstwie.

W lutym ukazała się Twoja kolejna książka "Gra w kolory". Skąd wziął się pomysł, żeby napisać powieść? 

Przy okazji mojej pracy wysłuchuję wielu pięknych i budujących ludzkich historii. W naturalny sposób chciałam je ocalić od zapomnienia. Początkowo planowałam wydać zbiór rozmów, ale uznałam, że to zbyt proste. Napisanie powieści było od zawsze moim marzeniem i wielkim wyzwaniem. Kiedy już moja poprzednia debiutancka książka "Wyprzedaż snów" powstała, poprosiłam o opinię Katarzynę Grocholę. Stwierdziła, że poradziłam sobie z zadaniem.

Ile jest w bohaterce "Gry w kolory" Marzeny Rogalskiej?

Dałam jej dużo z siebie, a przede wszystkim z mojego odczuwania świata. Agata, podobnie jak ja, uwielbia sztukę Amedeo Modiglianiego, kocha jazz, muzykę klasyczną i jest fanką kawy. Znajomi przychodzą do mnie właśnie na kawę. Przyrządzam ją według zasady pięciu przemian, z dodatkiem przypraw: kardamonu i cynamonu. Aromatyczny napar serwuję w pięknej porcelanie, którą zbieram od lat. Tak dużą wagę przywiązuję do dobrej kawy, że zdarza mi się zabierać do hoteli podręczny mały ekspres. Mój tata też bardzo lubił ten napój. Zawsze z moich wojaży po świecie przywoziłam mu przeróżne gatunki kawy.

Byłaś z ojcem bardzo zżyta. Opowiedz o nim. 

Tata był niezwykle serdecznym, energicznym i radosnym mężczyzną. Kiedy przeszedł udar, rehabilitowaliśmy go i mieliśmy wszyscy nadzieję, że będzie dobrze. Jednak coraz mniej mówił. Bardzo przeżyłam to, że z dnia na dzień skończyły się telefony, bo wcześniej często dzwonił i prawie codziennie wysyłał SMS-y. Przysyłał mi jakiś żarcik, ciekawostkę. Bardzo interesował się historią i przyrodą, ciągle coś czytał, oglądał filmy przyrodnicze. Jak go coś szczególnie zainteresowało, ucieszyło, to od razu chciał się tym z nami podzielić. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Gdy nie mógł tego już robić, bardzo dotkliwie to odczułam.

Choroba postępowała...

Tłumaczyłam sobie: ciesz się, że twój tata żyje, korzystaj z jego obecności. Starałam się zachowywać jak dawniej - opowiadałam mu, co się u mnie ciekawego wydarzyło, zabierałam na spacery. Kiedy nie mogłam go odwiedzić, dzwoniłam i prosiłam mamę, żeby przyłożyła tacie słuchawkę do ucha. Opowiadała, że wtedy uważnie mnie słuchał, wzruszał się. To były dla całej naszej rodziny trudne chwile. Dziś moje ulubione zdjęcie z uśmiechniętym tatą, który trzyma mnie za rękę, mam na pulpicie komputera.

Czego nauczyło Cię to bolesne doświadczenie? 

Trzeba dobrze gospodarować czasem i spędzać go z tymi, których kochamy. Ten pośpiech, towarzyszący nam na co dzień, ogłupia. Czas jest bezcenny i nie jest z gumy, tych zmarnowanych chwil nikt nam już nie odda. Tymczasem nam się często wydaje, że wszystko mamy darowane na zawsze. Po śmierci taty zastanawiałam się, czy nie mogłam mu poświęcić więcej czasu, pojawiły się wyrzuty sumienia. Dziś zawodowo robię bardzo wiele nowych rzeczy. Ukułam sobie teorię, że to mój tata ma w tym udział. Myślę, że ciągle mi sekunduje i chce, żebym smakowała życie. Czasem, gdy czuję się bezradna czy smutna, mówię: "Tato, pomóż!". I myślę, że gdzieś z góry mnie wspiera.

Tutaj, na ziemi, zawsze możesz liczyć na siostrę Alę. 

Mój hiszpański przyjaciel, Adam, mówi, że jesteśmy od siebie uzależnione. Łączy nas niezwykła więź. Kilka razy dziennie ze sobą rozmawiamy przez telefon. Najpierw dzwonimy do siebie o świcie, kiedy obie jesteśmy w drodze do pracy. Gadamy o wszystkim: o poważnych egzystencjalnych sprawach i o głupotach. Gdy moja siostra jest w drodze z jednej pracy do drugiej, to znów do mnie dzwoni i pyta, czy ją "odprowadzę". I znów rozmawiamy. Wieczorem w domu robimy sobie wideokonferencje.

Czy zawsze miałyście tak dobrą relację? 

Raczej tak, chociaż kiedy byłyśmy nastolatkami, Ala musiała się trochę ode mnie opędzać. Jest starsza, więc od dzieciństwa traktowałam ją jak wyrocznię. Zawsze mi imponowała. Bardzo się różnimy: ja to artystyczny chaos, ona to typ raczej uporządkowany. Gdy byłyśmy w szkole, mama zawsze stawiała mi ją za przykład. Ala chodziła do liceum pielęgniarskiego, miała mnóstwo przedmiotów i same piątki. Natomiast ja w liceum ogólnokształcącym nie byłam orłem ze wszystkich przedmiotów, a miałam ich znaczniej mniej. Nasza relacja umacniała się, gdy doroślałyśmy. Zawarłyśmy wtedy siostrzane przymierze i obiecałyśmy sobie, że zawsze będziemy się wspierać.

***
Zobacz więcej materiałów wideo: 

Dowiedz się więcej na temat: Marzena Rogalska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje