Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Martyna Wojciechowska tego dnia nie zapomni do końca życia. Polały się łzy

Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Ale wizerunek twardzielki nie do końca jest prawdziwy. Odkąd Martyna Wojciechowska (45 l.) urodziła dziecko i spotkała nową miłość, bardzo się zmieniła. Najbliżsi wciąż nie mogą w to uwierzyć...

Zjechała świat, zdobyła szczyty Korony Ziemi – najwyższych gór na wszystkich kontynentach. 

Reklama

Dla Martyny każdy wyjazd to kolejne wyzwanie, zaś ona sama uchodzi za wyjątkowo nieustępliwą kobietę. 

Nawet w Boże Narodzenie potrafiła spakować swój wysłużony plecak i ruszyć na kolejną wyprawę. Jednak nie przychodziło jej to wcale łatwo...

Tęsknota, która aż bolała

"Pierwsze samotne święta spędziłam 11 lat temu, po narodzinach Marysi. Nie mogłam się odnaleźć, nie wiedziałam, co to znaczy być matką. I w akcie desperacji zdecydowałam, że nie odpuszczę projektu, który rozpoczęłam długo przed zajściem w ciążę" – mówiła dziennikarka w wywiadzie dla „Twojego Stylu”. 

O opiekę nad córeczką poprosiła mamę. 

"Sądziłam, że wrócę na święta, ale nic nie poszło zgodnie z planem, nie było pogody" – twierdzi. 

Wtedy przyszedł moment załamania.

"Połączyłam się z mamą na Skypie, zobaczyłam ośmiomiesięczną Maryśkę i zaczęłam płakać, że podjęłam złą decyzję i chcę wracać" – opowiada.

Babcia dziewczynki wiedziała jednak doskonale, co robić.

"Widocznie potrzebowałaś tego wyjazdu. Jeżeli nie zrealizujesz celu, będziesz na siebie zła. Święta zrobimy, jak wrócisz"– odparła Martynie, która dodaje: "Wigilię spędziłam gdzieś na krańcu Chile, w knajpie, z przypadkowo spotkanymi ludźmi”.

Ten wyjazd Wojciechowska potraktowała jak swego rodzaju terapię, dzięki której wiele przemyślała: – Przemeblował mi w głowie. Pierwszy raz doświadczyłam prawdziwej tęsknoty. Tak chciałam przytulić Marysię, że aż bolało. Chciałam być bardziej męska niż mężczyźni. Zrozumiałam, że nie jestem cyborgiem, mam prawo do wątpliwości i strachu. To był przełom" – przywołuje te chwile. 

I choć po takich doświadczeniach obiecywała już sobie, że nigdy więcej nie wyjedzie w okresie świąt, nie dotrzymała słowa. 

"Trzy lata temu, po śmierci Jurka, taty Marysi, nie chciałam spędzać ich w domu. Kupiłam bilet na zasadzie „gdziekolwiek poproszę”. Boże Narodzenie przeleżałyśmy z córką na plaży" – przyznaje. 

Nie ukrywa też, że zdarza się jej płakać. 

"Chętnie pokazuję dobre emocje, ale mam umiejętność ukrywania złych. To potrzebne, żeby nie okazać paniki, złości" – twierdzi.

Od dwóch lat, poza ukochaną mamą i Marysią, ma jeszcze kogoś, na kim bardzo jej zależy. Związana jest z podróżnikiem i dziennikarzem Przemysławem Kossakowskim. 

"Podczas pracy daleko od domu nie odbieram telefonu. Z najbliższymi potrafię nie rozmawiać kilka dni, wysyłam tylko SMS-y, że żyję. Przemek to rozumie. Wie, że na krańcach świata funkcjonuję w świecie równoległym" – dodaje Wojciechowska.

***

Na żywo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Martyna Wojciechowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »