Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Martyna Wojciechowska: Pierwszy raz za kimś tęskniłam

To były pierwsze święta Bożego Narodzenia jej córki. Ona jednak podjęła decyzję o wyprawie na szczyt Antarktydy. Dziś tego żałuje.

- Na Antarktydę można jechać od listopada do stycznia. Na wyprawę wybrałam optymalny termin. Następną szansę miałabym za rok - tłumaczyła Martyna Wojciechowska (43 l.).

Reklama

Był grudzień 2008 r. Jej córka skończyła 8 miesięcy, to miały być jej pierwsze święta Bożego Narodzenia. Tymczasem jej mama postanowiła kontynuować swój projekt zdobycia wszystkich szczytów Korony Ziemi. Czekało ją kolejne wyzwanie - Masyw Vinsona.

- Wcześniej zrobiliśmy ubieranie choinki, wręczanie prezentów, a ja nagrałam Marysi płytę z kolędami i bajkami, żeby słuchała mojego głosu przez trzy tygodnie rozłąki - opowiada.

Niestety, już po przylocie do Chile, skąd miała udać się na Antarktydę, okazało się, że z powodu śnieżyc jej lot wciąż jest odwoływany. Miała na wyprawie spędzić dwa, a była poza domem pięć tygodni. - Pierwszy raz wtedy za kimś zatęskniłam, wcześniej nie znałam tego uczucia - przyznaje gwiazda.

- W końcu zadzwoniłam do mamy i powiedziałam: "Wracam. Zbliżają się święta, nie wyleciałam na Antarktydę, nie wiem, czy i kiedy się to uda, czuję się strasznie samotna". Mama wzięła cztery głębokie wdechy i powiedziała: "Powiedziałaś A, należy powiedzieć B. Nie rób scen, wiesz, że wspieram cię w każdej decyzji, ale zostań i dokończ, bo będziesz czuła niedosyt" - zdradza.

Ze względu na różnicę czasu i z myślą o Martynie, jej bliscy zasiedli wtedy wcześniej do wigilijnej wieczerzy. - Znalazłam jakąś kafejkę internetową, gdzie połączyłam się z nimi na Skypie i mogłam wszystkich zobaczyć. Oczywiście widziałam Maryśkę i... po tej rozmowie rozkleiłam się całkowicie - wyznaje.

Szukając pocieszenia, wybrała się na spacer, w trakcie którego spotkała podróżnych z całego świata, jak ona, próbujących zagłuszyć tęsknotę, obchodzących święta zgodnie ze swoimi zwyczajami. - Najpierw znalazłam austriacko-niemieckich kolegów, którzy w knajpie zamawiali krwiste steki i popijali je czerwonym winem. W pewnym momencie w zamarzniętych drzwiach zobaczyłam Świętego Mikołaja, który wpadł, krzycząc "Ho, ho, ho". Okazało się, że to Czesi - wspomina.

O północy, zgodnie z tamtejszą tradycją, ludzie rzucali się sobie na szyję, wykrzykując życzenia. A na mszy w kościele widziała żywą szopkę - zwierzęta oraz kobietę przebraną za Maryję, która chodziła po świątyni z niemowlęciem. Cały czas zastanawiała się, co robią teraz najbliższe jej osoby. - Aż w drugi dzień świąt dostałam prezent. Udało mi się polecieć na Antarktydę i 2 stycznia zdobyłam Dach Antarktydy - opowiada.

Jak przyznaje, rozłąka z córką była tak trudna, że osłabiła ją psychicznie w trakcie wyprawy. - Z perspektywy lat drugi raz nie podjęłabym decyzji o wyjeździe. Z drugiej strony wiem, że w tamtym momencie było mi to bardzo potrzebne, dać sobie czas na pogodzenie się ze zmianami, które nastąpiły w moim życiu - mówi.

Dziś, cokolwiek nowego planuje, czas świąt rezerwuje tylko dla Marysi. - Każda wyprawa ma początek i koniec, natomiast projekt dziecko się nie kończy - twierdzi.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Dowiedz się więcej na temat: Martyna Wojciechowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje