Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marek Jarosz z "Sanatorium miłości" przez przypadek zdradził finał programu

Znajomi powtarzali mu, że jesień życia ma wiele barw. Ale Marek Jarosz (65 l.), przedsiębiorca budowlany z Józefowa, widział tylko szarość. Czy w programie "Sanatorium miłości" udało mu się znaleźć miłość?

Gdy trzy lata temu w ciągu zaledwie roku pożegnał trzy najbliższe osoby: siostrę, mamę i przede wszystkim żonę, zachorował na depresję.

Reklama

Samotność stała się jego jedyną towarzyszką - dość niesympatyczną i nieżyczliwą. Jednak pewnego dnia koleżanka opowiedziała mu o programie "Sanatorium miłości". Szukano do niego panów pragnących coś zmienić w życiu. Poprosił córki o radę, a one poradziły mu, by zgłosił się na casting.

- Chyba za pierwszym razem nie wszystkich przekonałem - opowiada "Rewii".

Nie poddał się i spróbował raz jeszcze. Za drugim razem się udało. Z Józefowa pojechał do programu i przeżył niezwykłą przygodę w malowniczym uzdrowisku Ustroń.

- Od kilku miesięcy czuję, że zaczynam wracać do życia - zdradza "Rewii" Marek Jarosz. W Sanatorium Równica w oko wpadła mu Małgorzata. Dla przedsiębiorcy miał to być krok do pokonania samotności.

- Chciałem się sprawdzić. Zobaczyć, czy podołam wyzwaniu? - tłumaczy.

Nigdy nie bał się decyzji, ma bogaty bagaż przeżyć. Urodził się i wychował w Świdrze. Po ukończeniu technikum budowlanego zamieszkał w Józefowie. Od tego czasu prowadził firmę budowlaną. Najważniejsze, że był szczęśliwym mężem i ojcem dwóch córek: Katarzyny (42 l.) i Karoliny (38 l.).

Gdy został dziadkiem trzech wnuczek i jednego wnuka, szczęście wydawało się najbliższym przyjacielem domu. Z żoną Bogumiłą (†62 l.) zwiedził wtedy pół świata: Wyspy Kanaryjskie, Meksyk, Dominikanę, Kubę.

- Jednak nie potrafiłem się cieszyć ze swego szczęścia - przyznaje teraz ze smutkiem. - Uważałem, że wszystko mi się należy. Popadłem w pychę.

Po wielu latach pięknego życia śmierć żony Bogumiły była ciosem! Była jego pierwszą miłością. Wszyscy wskazywali ich jako wzorowe małżeństwo, a oni nie wyobrażali sobie życia bez siebie. Mieli jeszcze tyle wspólnych planów...

- Śmierć moich bliskich spowodowała długą depresję - przyznaje pan Marek. Trudno było mu wrócić do równowagi. Nawet praca zeszła na dalszy plan. Już nie miał na nią tyle siły, co kiedyś.

- Od lekarzy usłyszałem, że przyszedł czas, żeby zadbać o siebie - zdradza "Rewii".

To był ostatni dzwonek, ale usłyszał go wyraźnie. Rozejrzał się i zauważył samotnych ludzi wokół siebie. Zawsze był pogodny i wrażliwy. Jako pracodawca wybaczał błędy i dawał drugą szansę, zaczął pomagać innym. Wielu osobom pomógł wyjść z alkoholowego nałogu.

- Trzeba samemu przeżyć życiowe dramaty, żeby dostrzec ból innych - mówi z zadumą.

Zaczął chodzić na siłownię, biegać po górach, pływać i jeździć na rowerze. Odzyskał chęć życia. I nie ukrywał, że nadal jego ideałem jest kobieta niezależna, atrakcyjna, wysoka i pogodna - taka, jaką byłą Bogumiła. To, co przeżył w "Sanatorium miłości", przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Program pozwolił pokonać wrodzoną nieśmiałość i dał coś jeszcze.

- Spotkało mnie coś wspaniałego, ale nie mogę nic więcej zdradzić - dodaje tajemniczo.

Wiadomo jednak, że Markowi i Małgorzacie udało się stworzyć związek i para zamieszkała razem.

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje