Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maja Wodecka-Zagajewska: Reżyserzy proponowali role i zapraszali do łóżek

Maja Wodecka (72 l.) zachwycała urodą i naturalnością. Twórcy filmowi obiecywali jej wielkie role, ona wybrała spokojne życie z... poetą.

Porównywano ją do Elizabeth Taylor. Uważano za najpiękniejszą polską aktorkę i wróżono wielką światową karierę. Szanse zaprzepaściła na własne życzenie.

Reklama

- Zabrakło mi determinacji, a może i odwagi, żeby o to walczyć. Różni reżyserzy proponowali mi wielkie role, ale przy okazji zapraszali do swoich łóżek. Ale żaden z nich nie podobał mi się wystarczająco... - zwierza się Maja Wodecka-Zagajewska.

Dzieciństwo spędziła w Krakowie. Na ulicach spotykała piękne aktorki i przystojnych aktorów. Czuła się przy nich jak szara myszka. Od najmłodszych lat interesowała ją muzyka. Z wyróżnieniem skończyła liceum muzyczne w klasie skrzypiec. Studiować jednak zaczęła psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do filmu trafiła przez przypadek.

Życie pod różnymi postaciami

Pewnego czerwcowego dnia 1966 roku, gdy wychodziła z biblioteki, zauważyła zbiegowisko gapiów. Na ulicy kręcono film. Stanęła razem z innymi, żeby popatrzeć. Wtedy podszedł do niej młody mężczyzna, który dostrzegł piękną, uśmiechniętą dziewczynę i zapytał, czy nie zechciałaby postatystować w scenie balu, która miała być filmowana w Akademii Sztuk Pięknych.

- Byłam zachwycona, bo bardzo lubiłam tańczyć. A do tego mieli mi jeszcze zapłacić. Przez trzy noce dobrze się bawiłam, bo miałam świetnego partnera do tańca - mówi. Jej epizodyczna rola w filmie "Jowita" została dostrzeżona i kilka miesięcy po premierze Maja Wodecka dostała telegram z Warszawy z zaproszeniem na próbne zdjęcia do filmu "Dancing w kwaterze Hitlera".

- Wtedy pomyślałam o aktorstwie. Przecież w tym zawodzie ważna jest psychologia. Trzeba rozumieć postać, którą ma się grać. Zaczęła mi się podobać możliwość życia pod różnymi postaciami - mówi.

Podczas próbnych zdjęć z Olgierdem Łukaszewiczem czekało ją kilka niespodzianek. - Musiałam w trakcie sceny palić papierosy. A ja tego nigdy nie lubiłam. Miałam jeździć na rowerze, a nie umiałam - wspomina. Dlatego bardzo się zdziwiła, gdy otrzymała główną rolę.

Zdjęcia realizowano na Mazurach. Wstyd jej było się przyznać, że nie potrafi jeździć na rowerze i nie chciała udawać kapryśnej gwiazdki. Podczas jednej ze scen przewróciła się i złamała rękę. Tydzień spędziła w szpitalu w Kętrzynie.

- Po tym zdarzeniu już nigdy nie wsiadłam na rower. I nie zapaliłam papierosa... - mówi.

Nawet reżyser się wzruszył

Wszystkie niedogodności wynagrodziła jej możliwość grania u boku Andrzeja Łapickiego, w którym się po cichu kochała. Film został nagrodzony na festiwalu w Karlowych Warach. Niecierpliwie czekała na następną rolę. W 1968 roku wystąpiła w "Człowieku z M-3" u boku Bogumiła Kobieli.

- To był ostatni film tego wybitnego aktora. Zagrałam jedną z kandydatek na żonę głównego bohatera - mówi. Ten film przyniósł jej dużą popularność. Potem miała jeszcze okazję zagrać z kolejnym swoim idolem - Stanisławem Mikulskim - w filmie "Ostatni świadek".

Ośmielona sukcesami w 1970 roku wyjechała do Francji z głębokim przekonaniem, że podbije tamtejszy rynek filmowy. Wykazała się przy tym olbrzymią odwagą, bo nie mówiła po francusku i nie miała żadnych znajomości.

- Wylądowałam w biurze projektów jako kreślarka. Najtrudniejszy egzamin w życiu. Przyjęto mnie, bo skłamałam, że jestem studentką architektury - wspomina.

Z powodu stresu w ciągu miesiąca schudła 5 kilogramów. Jako kreślarka przepracowała kilka lat. W końcu przez przypadek trafiła do filmu. Obok jej mieszkania kręcono "Czerwony afisz" i dla zabawy zgłosiła się do statystowania. Gdy okazało się, że jest aktorką, otrzymała jedną z ról. Świetnie wcieliła się w postać kobiety prowadzonej na egzekucję.

- To na pewno najlepsza scena, jaką zagrałam. Nawet reżyser się wzruszył - mówi. Potem pojawiła się jeszcze w kilku filmach, ostatni raz w 1980 roku w serialu "Misja". Po jego zakończeniu zajęła się... rodziną.

Życie z poetą

Do aktorstwa nie zamierzała już wracać. Miała obywatelstwo francuskie, była mężatką i matką. Gdy się rozwiodła, by utrzymać siebie i córkę, zajęła się handlem między Francją a Polską. Interes się skończył w stanie wojennym. Wtedy ukończyła szkołę dla psychoterapeutów i zaczęła pracować w tym zawodzie.

- Żadnej pracy się nie bałam - podkreśla z uśmiechem. W tym czasie do Paryża przyjechał Adam Zagajewski, wybitny poeta. Znali się jeszcze z czasów studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zaczęła tłumaczyć jego wiersze na język francuski. Tomiki poezji Zagajewskiego przypadły do gustu Francuzom. Poeta coraz częściej przyjeżdżał do Paryża, bo... był już zakochany w swojej tłumaczce.

Ślub wzięli w 1990 roku w Paryżu. Wtedy zaczęli myśleć o powrocie do Polski, ale ona ciągle pozostawała pod urokiem Francji. Wrócili w końcu w 2002 roku, kiedy jej córka założyła własną rodzinę. Kupili w Krakowie mieszkanie. - Z trudem podjęłam tę decyzję. Zgodziłam się pod naciskiem Adama, bo on chciał żyć i pisać w Polsce - zwierza się Maja Wodecka-Zagajewska.

Już wtedy nie zajmowała się tłumaczeniami. Uznała, że jest to zbyt czasochłonne zajęcie i nie zostawia miejsca na nic innego. Od 1995 roku zajęła się wyłącznie psychoterapią, a w wolnych chwilach rzeźbi w glinie. Często wyjeżdża z mężem do USA, gdzie poeta jest zapraszany na wykłady na uniwersytetach.

Adam Zagajewski od kilku lat jest również typowany przez różne środowiska naukowe do literackiej Nagrody Nobla. Jego żona też o tym po cichu marzy. Dziś czuje się dojrzałą i spełnioną kobietą. I nie żałuje, że nie była jej dana wielka aktorska kariera, bo znacznie ważniejsze od niej jest szczęśliwe życie...

***

Zobacz więcej materiałów:

Nostalgia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje