Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Krzysztof Hołowczyc: Kocham ryzyko

Dwukrotnie otarł się o śmierć, ale ze swojej pasji nie zamierza zrezygnować. Gdy wyjeżdża na rajd, żona i córki przeżywają istne katusze.

Trzecie miejsce w ostatnim Rajdzie Dakar to dla Krzysztofa Hołowczyca (52 l.) powód do dumy. "Na żywo" najbardziej znany kierowca zdradził, jak radzi sobie z własnymi słabościami, dlaczego targają nim wyrzuty sumienia oraz kim jest śliczna Alabama, w której zakochał się rok temu.

Reklama

W ostatnim Rajdzie Dakar udowodniłeś, że wiele potrafisz.

Krzysztof Hołowczyc: - Podium w tym najtrudniejszym na świecie rajdzie daje ogromną satysfakcję. Kosztowało mnie to 10 lat wyrzeczeń i pracy. Po drodze miałem kilka poważnych wypadków. Dwa razy złamałem kręgosłup. Zastanawiałem się, czy będę chodził. Jednak nie poddałem się. Walczyłem ze swoimi słabościami.

Jakie emocje towarzyszą Twoim bliskim, gdy zbliża się dzień wylotu?

K.H.: - To ciężki moment szczególnie dla mojej żony. Ona ma świadomość, że nie jestem już młodzieniaszkiem i w każdej chwili może mi się przytrafić jakaś poważna kontuzja. A ryzyko w Rajdzie Dakar jest bardzo duże. Niemal co roku ginie któryś z uczestników.

Czy podczas rajdu masz kontakt z rodziną?

K.H.: - Obecnie w Ameryce Południowej dobrze działają telefony komórkowe i satelitarne. Dużo gorzej było kiedyś w Afryce. Bywało, że nie rozmawiałem z rodziną przez kilka dni. Teraz, gdy tylko przejeżdżam metę odcinka, od razu dzwonię do żony, by zdać jej relację.

A gdy dzieje się coś poważniejszego, np. jakaś awaria?

K.H.: - To dzwonię natychmiast, żeby żona się nie denerwowała, bo ona w komputerze widzi, że stoimy. Może wówczas pomyśleć, że przytrafił się nam poważny wypadek.

(UWAGA! TVN/x-news)


Dotąd byłeś kojarzony z bezpieczną jazdą. Jak to się ma do Twojego ostatniego spotkania z policją?

K.H.: - Wielu osobom mój sukces stoi ością w gardle. Są tacy, którzy chcą udowodnić, że są szybsi ode mnie. Tak samo jest z policjantami. Niektórzy chcą mnie złapać, wlepić mi mandat, pokazać, że są panami sytuacji. Nie twierdzę, że zawsze jeżdżę zgodnie z przepisami, ale staram się pamiętać, że obowiązują one wszystkich.

Nie obawiasz się, że kiedyś możesz przekroczyć tę cienką granicę?

K.H.: - Kocham ryzyko. Na szczęście mam wokół siebie ludzi, którzy dbają o to, by moja rodzina miała co do garnka włożyć i wiem, że nawet jeśliby mnie zabrakło, to nie będzie pozostawiona na pastwę losu. Dlatego mogę sobie pozwolić na uprawianie tak niebezpiecznego zawodu.

Przyjdzie taki czas, że powiesz sobie "dość"?

K.H.: - Czasem rozum podpowiada: "Przerwij", ale coś ciągnie mnie do rywalizacji.

Na razie robisz to, co kochasz, a potem z tarczą wracasz do stęsknionej rodziny?

K.H.: - Mam żonę i trzy wspaniałe córki. Karolina i Alicja są już dorosłe, a najmłodsza Antosia ma 7 lat.

Jest jeszcze jedna mała kobieta, którą bardzo kochasz?

K.H.: - Masz na myśli moją wnuczkę o egzotycznie brzmiącym imieniu - Alabamę. Niedawno skończyła roczek i właśnie zaczyna chodzić. Teraz wszyscy biegamy za nią w domu, by nie zrobiła sobie krzywdy. Niektórzy mówią, że jest twarda jak dziadek, bo jeśli się uderzy, nie płacze.

Dla wnuczki masz więcej czasu, niż miałeś dla córek?

K.H.: - Oj, wchodzisz na grząski grunt. Ciągle czuję ogromny niedosyt, w związku z tym, że mogłem więcej czasu poświęcić najstarszej czy średniej córce. Na szczęście relacje mamy bardzo dobre. Pamiętam, że gdy miałem kilka dni wolnego między rajdami, wracałem do domu, by choć na chwilę spotkać się z moimi kobietami. To zabawne, że jestem facetem, który robi ekstremalne rzeczy, a z drugiej jest typowym familymanem.


Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Hołowczyc

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama