Z kompozytorem Januszem Komanem połączyła ją wielka burzliwa miłość. Kiedy się rozstali, Krystyna Prońko, otwiera się w nowym oknie bardzo cierpiała, ale stanęła na nogi.
Powiedziała pani, że niezbyt udane życie uczuciowe nauczyło panią niezależności...
Krystyna Prońko: Dokładnie tak. Poleganie na samym sobie i decydowanie o własnych sprawach to jest bardzo ważna rzecz, nawet jeśli jesteśmy w związku.
Czyli nigdy nie była pani kobietą bluszczem?
- Nie, ja sobie nie wyobrażam takiej sytuacji. Poza tym mój zawód wymaga ode mnie bycia w ruchu, zaś od osoby, która ze mną jest, niesłychanej elastyczności. A panowie nie dostosowują się łatwo. Są inaczej wychowani, oczekują czegoś innego.
Może szukają kobiety udomowionej, która czeka z obiadem?
- Ja nie czekam z obiadem, bo nie gotuję. Bywało tak, że on czekał z tym obiadem - robiło to na mnie wrażenie (śmiech).

A jakie cechy charakteru ceni pani u mężczyzn?
- Intelekt, opiekuńczość, samodzielne myślenie, o elastyczności nie wspomnę. Poznać takiego mężczyznę to dla mnie graniczy prawie z cudem. Ale pewnie tacy panowie istnieją...
A uważa pani, tak jak w piosence, że mężczyzna może być lekiem na całe zło?
- Nie, to niemożliwe. Ale może ten utwór nie jest o mężczyźnie? Powiem pani, jak wiele osób ją interpretuje. Na samym początku gdy powstała i była na liście przebojów w Trójce, po koncertach przychodzili do mnie ludzie i pytali, o kim jest. I wielu z nich uważało, że o Panu Bogu, o sile wyższej. Rzeczywiście, można tak odbierać ten tekst.
Jak śpiew stał się pani sposobem na życie?
- To zamiłowanie pojawiło się już w dzieciństwie. Gdy wracałam po lekcjach, śpiewałam na schodach w moim rodzinnym domu i wszyscy wiedzieli, że Krysia idzie ze szkoły. Wychowałam się w Gorzowie Wielkopolskim. Skończyłam szkołę muzyczną pierwszego stopnia, ale drugiego stopnia w mieście nie było, więc rodzice uznali, że muszę mieć konkretny zawód.
I poszła pani do technikum chemicznego?
- Chciałam iść do technikum elektryczno-mechanicznego, ale wtedy nie przyjmowali tam dziewczyn. Takie były czasy. I niech mnie pani nawet nie pyta, nic z chemii już nie pamiętam (śmiech).
A jak wspomina pani początki swojej kariery?
- Bardzo dobrze, to były piękne czasy. Niepowtarzalne. Myślę, że miałam szczęście, trafiłam w dobry moment. Gdyby się to inaczej wszystko potoczyło, nie znalazłabym się pewnie w miejscu, w którym jestem w tej chwili. Każdy ma swoją drogę, swoją życiową ścieżkę. '
Z Januszem Komanem była pani związana nie tylko zawodowo, ale też prywatnie.
- To jeden ze zdolniejszych ludzi w tym kraju. Śpiewam cały czas skomponowane przez niego piosenki, zresztą nie tylko ja. Łączenie pracy z życiem osobistym jest trudne, ale nie wiem czy niemożliwe. Myśmy się akurat rozstali. W pewnym momencie zaczęły dochodzić do głosu własne ambicje i oczekiwania, które rodziły nieporozumienia. Sprawy zawodowe przenosiły się na prywatne i odwrotnie. W ten sposób koło się zamknęło. Tak często się zdarza. Są pary, którym się udaje, ale z nami było niestety inaczej.
Czytaj dalej na następnej stronie...

Po narodzinach syna pewne zachowania Janusza stały się dla mnie nie do przyjęcia. W dodatku czasy były ciężkie, przez kilka miesięcy musieliśmy mieszkać osobno. W efekcie było coraz więcej rozczarowań i łez w samotności. Uderzył mnie tylko raz. Trafił w szyję. Wylądowałam w środku nocy na pogotowiu z wylewem do strun głosowych. Gdybym została uderzona ciut mocniej i gdyby pękła mi krtań, straciłabym głos na zawsze! To był gwóźdź do trumny naszego małżeństwa.
Potem Janusz Koman ożenił się z młodziutką Majką Jeżowską. Ten związek też nie przetrwał. Gdy zaśpiewała pani z nią w duecie "On nie kochał nas", plotkowano, że ta piosenka dotyczy waszego byłego.
- Ja niczego nie muszę dementować (śmiech). Nawet się cieszę z tej sytuacji, niech gadają. Zawsze miałam do tego dystans. Piosenka obrosła legendą i niech ta legenda trwa. Majka się z tego śmieje, ja również, Koman na początku się irytował, ale teraz też go to bawi. Najważniejsze, że utwór cały czas żyje i wywołuje emocje.
Czy woli przyjaźnić się pani z kobietami czy z mężczyznami? Panuje opinia, że mężczyźni nie plotkują, są bardziej lojalni.
- O, proszę pani, nie zgadzam się. Faceci też potrafią być wredni. W przyjaźni nie patrzę na płeć. Najważniejszy jest człowiek, bo ludzie są różni.
A co jest dla pani najistotniejsze w przyjaźni?
- Oprócz porozumienia dusz dla mnie najważniejsza jest wyrozumiałość. Bo przecież przyjaciel ma własne życie, problemy, czasem nie da rady w czymś mi pomóc.
Jakie są pani "małe tęsknoty", że tak zapytam tekstem piosenki.
- To przede wszystkim plaża nad oceanem. Marzę o tym, że leżę do góry brzuchem. Szukam takich miejsc na świecie, gdzie jest właśnie piasek, ocean, słońce. I czasem udaje mi się na nie trafić, na przykład w Portugalii.
Rozmawiamy w pani domu. Jest azylem?
- Zdecydowanie, gdzieś trzeba mieć takie miejsce. Może nie jest idealny, ale jest mój i to wystarczający powód, żebym tu była. Z okien widać ogród. Dom jest zbudowany od podstaw. Jak tylko można było w nim zamieszać, zaczęłam się tym ogrodem zajmować. I myślałam, że skoro mam niewielki kawałek ziemi, to będzie mało pracy. Okazało się, że jest strasznie dużo roboty (śmiech). Ale nie narzekam, jestem zadowolona z tego, co mam.
Rozmawiała: Iza Orlicz

***
Zobacz więcej materiałów:








