Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kasia Sobczyk: Przez perfidną plotkę usunięto ją z festiwalu!

Miała zaśpiewać na festiwalu w Sopocie, ale zamiast niej w ostatniej chwili na scenie pojawiła się Łucja Prus. Wszystkiemu winna była... plotka.

Była jedną z najjaśniej świecących gwiazd ponurej rzeczywistości PRL-u. Kasia Sobczyk (†65), bo o niej mowa, zdobywała nagrody, wygrywała festiwale. Szczególnie jeden utkwił jej w pamięci. Przez wiele lat prześladowały ją ból i upokorzenie, z jakimi musiała się wtedy zmierzyć.

Reklama

W tej ślicznej dziewczynie, obdarzonej zmysłowym głosem, próżno było szukać słabych stron. No, może poza jedną. Artystka chorobliwie wręcz reagowała na Łucję Prus. I to do tego stopnia, że nie chciała występować z nią na jednej scenie.

- Jeśli ma być Prus, mnie w koncercie nie ma! - jasno stawiała sprawę artystka. To był żelazny warunek jej każdego występu. Ta niechęć do koleżanki z estrady zrodziła się w 1965 r. To wtedy Kasia utworem "Nie wiem, czy warto" wyśpiewała sobie zwycięstwo na festiwalu w Opolu. Jej radość nie znała granic, tym bardziej że zgodnie z przyjętym regulaminem, dawało jej to gwarancję uczestnictwa w Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie.

Młoda piosenkarka z zespołem szykowała się do prestiżowego konkursu. Nie chciała zawieść, bo bardzo na nią liczono. Nawet skłócona ze sobą branża muzyczna była zgodna co do tego, że utwór ma ogromną szansę na Bursztynowego Słowika.

- W oznaczonym czasie, w wielkimi nadziejami, zjechaliśmy z Kaśką i Czerwono-Czarnymi do Trójmiasta. Na miejscu, już po pierwszych próbach, wszyscy, łącznie z wykonawcami zagranicznymi, gratulowali nam piosenki i... wygranej - wspominał w swojej książce "Tekściarz" Krzysztof Dzikowski, autor "Nie wiem, czy było warto".

Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Dopiero na dwa dni przed rozpoczęciem festiwalu zaczęły się problemy. Nagle udział Kasi stanął pod znakiem zapytania. Ówczesny dyrektor departamentu do spraw piosenki na komisji koordynacyjnej festiwalu w Sopocie zdecydował, że w konkursie wystąpi Prus a nie Sobczyk. Powodem tej decyzji były plotki, jakoby artystka usunęła ciążę.

- To była bzdura! Kasia robiła różne rzeczy, ale w to nie uwierzę - pisał dalej w swoich wspomnieniach Dzikowski. Artysta nie mógł się z tym pogodzić. Z miejsca wyruszył do stolicy, by w Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS walczyć o cofnięcie tej niesprawiedliwej decyzji. Nie znalazł tu chętnych do pomocy, dlatego postanowił interweniować u samego ministra.

- Byłem gotowy na wszystko. Gdy pojawiłem się w ministerstwie, usłyszałem, że nic nie da się zrobić, bo decyzja zapadła na najwyższym szczeblu. Ręce mi opadły. Jak zbity pies wróciłem do Sopotu - opowiadał artysta.

Kasia wraz z zespołem do końca nie traciła nadziei na występ. Niestety, Polskę na scenie reprezentowała Łucja Prus z mało festiwalową piosenką "Nic dwa razy się nie zdarza".

Marzenia o wygranej prysły, Łucja zajęła 11. miejsce. - Kaśka płakała jak bóbr. Nie rozumiała, kto i za co postanowił ją ukarać - wspominał Dzikowski. Wybuchł skandal. Na znak solidarności z Kasią Anna German, która również miała zaśpiewać w Operze Leśnej, zrezygnowała z występu.

- Mogłam wygrać, ale ktoś postanowił upchać swoją protegowaną z marną piosenką, niż zatrzymać Bursztynowego Słowika w Polsce - żaliła się wokalistka.

Sobczyk nigdy nie zapomniała o tym przykrym incydencie. Symbolicznie wyrównała rachunki z Prus w 1988 r. Przyjęła propozycję udziału w "Koncercie Gwiazd" z okazji 25-lecia opolskiego festiwalu, ale pod jednym warunkiem - organizatorzy musieli odwołać zaplanowany występ Łucji Prus.

***

Zobacz więcej materiałów:


Dowiedz się więcej na temat: Kasia Sobczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje