Reklama

Reklama

Reklama

Karol Bielecki: w jego życiu rozegrał się dramat, ale on się nie załamał. Ma wsparcie ukochanej

Jego kariera runęła w jednej chwili, ale nie załamał się.– Może Bóg chciał mi pokazać, że żyłem źle, że miałem za mało czasu dla innych. On nie zsyła na nas ciężaru, którego nie moglibyśmy unieść – mówi Karol Bielecki (34 l.). Na szczęście ma też wsparcie pięknej żony.

W wieku 28 lat był u szczytu kariery sportowej. Karol Bielecki, sławny szczypiornista, grał w reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn. Podczas meczu towarzyskiego z Chorwacją 11 czerwca 2010 roku przypadkowo został trafiony kciukiem w oko przez zawodnika przeciwnej drużyny. Niestety, mimo starań lekarzy, nie udało się uratować narządu wzroku. 

- Ta jedna chwila pokazała mi, że w życiu nie ma nic pewnego, bo w jednej sekundzie wszystkie moje marzenia, plany zostały przekreślone. Byłem młody, w szczytowej formie, miałem podpisany nowy kontrakt na grę w topowym klubie. I nagle wszystko się zawaliło. Kiedy okulista otworzył mi oko i powiedział, że nie ma już nic, że wszystko wypłynęło, zemdlałem - wspomina Bielecki. 

Reklama

Karol od dziecka jest wierzący. Kilka tygodni przed feralnym meczem poszedł do kościoła. - Dziękowałem Bogu, że z jego pomocą jestem silny i prosiłem go o opiekę w dalszym życiu - opowiada. 

Pomoc z góry była mu bardzo potrzebna po tragicznym wypadku. Tydzień po nim Bielecki ogłosił koniec kariery sportowej. Jednak kilka dni później oświadczył, że po przejściu rehabilitacji, mimo negatywnych opinii lekarzy, zamierza podjąć próbę powrotu do gry. 

- Nikt mi nie dawał żadnych szans. Wiedziałem, że mam dwie drogi. Mogę walczyć i wrócić, albo zdecydować, że skończyła się moja przygoda z piłką ręczną. Ale pomyślałem, że to byłoby za łatwo, że za dużo pracy mnie to wszystko kosztowało, żeby teraz zrezygnować, nie walczyć - mówi. 

Już miesiąc po usunięciu oka, w specjalnych ochronnych okularach, w których występuje do dziś, zagrał w meczu swojego niemieckiego klubu Rhein-Neckar Lowen i zdobył pierwszą bramkę. Ale najważniejsze dla niego jest to, że dzięki wypadkowi wzmocnił swoją wiarę. Zrobił rachunek sumienia i zmienił priorytety w życiu. 

- Może Bóg chciał mi pokazać, że żyłem źle, że miałem za mało czasu dla innych. On nie zsyła na nas ciężaru, którego nie moglibyśmy unieść. Do każdej sprawy trzeba podejść ze spokojem, przyjąć, że w każdym upadku jest pozytywna strona - mówi szczypiornista.

Bielecki postawił na rodzinę. Ożenił się z modelką, drugą wicemiss Ziemi Świętokrzyskiej z 2006 roku, Aleksandrą Sobczyk. Rok temu na świat przyszła ich córeczka Hanna. Karol jest bardzo szczęśliwy, cieszy się, że przez uprawianie sportu jest w stanie zabezpieczyć byt rodziny. 

- Może nie mam jednego oka, ale teraz mam więcej czasu dla mojej rodziny, przyjaciół, nie tracę zdrowia na zgrupowaniach, które są bardzo obciążające dla organizmu. Dbam o drugie oko. Trzeba siły, woli, musimy szukać pozytywnych stron, skupić na tym, co się ma, a nie tym, czego nam brakuje - mówi z optymizmem. 

Dodaje, że jego życie po wypadku mogło wyglądać inaczej niż teraz. - Mogłem się położyć i płakać. Mogłem zacząć pić, ale dla mnie to żałosne. Nie stało się nic wielkiego. Nie mam oka, ale przecież zostało mi drugie. A za życie mojego dziecka oddałbym także i to - wyznaje. 

Postawa szczypiornisty jest dla wielu wzorem. Karol stał się legendą i nie ukrywa, że jego powrót nie byłby możliwy bez głębokiej wiary. Modlitwa zawsze mu pomagała i dodawała sił w ciężkich.

- Trzeba zachować spokój w każdych okolicznościach. Nawet, jeśli sytuacja wydaje się beznadziejna, trzeba wierzyć, że będzie dobrze. Zawsze po nocy przychodzi dzień, a każdy życiowy upadek może być szansą zmiany na lepsze - kończy Karol Bielecki.

Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Karol Bielecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy