Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jerzy Maskymiuk: Marzył, żeby wyrwać się z biedy

Próbował walczyć z dręczącą go bezsennością przy pomocy alkoholu. Gdy umierała jego pierwsza żona, wsparciem dla niej była jego nowa ukochana.

Co było trudniej: wygrać konkurs pianistyczny w Bydgoszczy w 1961 r. czy zatrzymać wino? Trudniej zatrzymać piękne wino - wyznał kompozytor Jerzy Maksymiuk (80 l.), opowiadając o swoim nałogu, który udało mu się pokonać dzięki drugiej żonie. Ale nie tylko za to jest jej wdzięczny. - Ze sto, a może milion razy dziennie mówię Ewie, jak dobrze, że jest na świecie. Ona wniosła do mojego życia harmonię i porządek. Gdyby nie ona, byłaby katastrofa - mogłem zostać w jednej koszuli i z nerwami w rozsypce - zdradził w wywiadzie dla magazynu "Pani".

Reklama

Gdy wybuchła wojna, Jerzy miał trzy lata. Nigdy nie zapomniał ciał zabitych żołnierzy zasypanych do połowy czy powieszonych na  drzewach, które oglądał przerażonymi, dziecięcymi oczami. Kiedy umilkł huk wystrzałów, Maksymiuk zaczął rozwijać swój muzyczny talent. Jego ojciec, choć skończył tylko cztery klasy, pięknie grał na skrzypcach, ale syn nie miał smykałki do tego instrumentu, więc zajął się oswajaniem fortepianu. Niestety, okazało się, że ma za małe dłonie. Pilnie wykonywał więc ćwiczenia, które miały mu wydłużyć palce. A nocami modlił się o większe ręce.

Choć gry uczył się godzinami, nie zawsze udawało mu się zadowolić porywczego rodzica. - Ojciec bił mnie po łapach, gdy zapominałem nut, bo miał niezwykle wybuchowy charakter. Często obrywałem - wspominał. W wieku 15 lat Jurek musiał zmierzyć się z rozwodem rodziców. - Ojciec latał za dziewczynami i pewnego dnia przywiózł trzyletnie dziecko. Potem ożenił się z kobietą prawosławną. Matka płakała: "Boże, wybacz mu, bo nie wie, co czyni" - tak zapamiętał tamten trudny czas. Po wyprowadzce rodzica, nastolatek przeniósł się wraz z mamą do Białegostoku, gdzie ukończył szkołę muzyczną. Ciężko im się żyło. - Muszę się wyrwać z tej biedy i stać się kimś - marzył i skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, aby zrealizować swój plan.

Na szczęście spotkał na swojej drodze profesora Jana Tarasiewicza, który dostrzegł jego talent i nie tylko kupił mu bilet do Warszawy, ale także pomógł dostać się do liceum muzycznego W sercu chłopaka do 24. roku życia nie było miejsca dla kobiet. Jerzy przez 14 godzin dziennie ćwiczył grę, więc nie miał czasu na miłość. Jednak już jako student Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie zamieszkał z o 13 lat starszą profesor Ireną Kirjacką, która uczyła go w liceum gry na fortepianie. Jednak małżeństwem zostali dopiero wiele lat później.

O tym, że Jurek mimo sukcesów porzucił grę na fortepianie dla dyrygentury, zadecydowała chroniczna trema. Przed każdym koncertem muzyk musiał moczyć drętwiejące ze strachu ręce w wodzie. Lęk sprawiał, że solowe występy nie dawały mu satysfakcji. Takiej tremy nigdy nie odczuwał, gdy stawał z batutą przed orkiestrą. - Muzyka to cały mój świat. Jestem maniakiem pracy - przekonywał ekscentryczny dyrygent.

Zabrakło mu czasu, żeby pojawić się na pogrzebach rodziców. Gdy zmarła jego mama, był na tournée w Anglii. Menadżer artysty za późno kupił mu bilet, więc Jerzy nie zdążył na samolot. Po powrocie do kraju poszedł na jej grób i przeprosił. Nie pożegnał też ojca na cmentarzu, bo w tym czasie występował. - Miałem zostawić koncert i moich ludzi? Dziś myślę, że powinienem przyjechać - przyznał ze skruchą po latach.

Często jednak z muzyką, którą tak kochał, konkurowało wino, traktowane przez mistrza jak lek na dręczącą go latami bezsenność. - Nie śpię, nie śpię, i myślę: "Napiję się czerwonego wina". Wypiłem trzy kieliszki, czyli pół butelki. Pomogło i na chwilę zasypiałem. Ale budziłem się, więc jeszcze sączyłem i na dnie zostawiałem parę kropel, dla honoru - szczerze wyznał Maksymiuk. Z bezsennością próbował sobie także radzić łykając środki nasenne. Koledzy ostrzegali go: "Jurek, bo będzie po tobie, a jesteś zdolny, nie marnuj swojego talentu!". Kilka razy wybierał się po pomoc do terapeutów, ale gdy już jechał taksówką do szpitala, stawał przy kawiarence. - I zamawiałem wino czerwone, a czasami whisky - zwierzał się artysta.

Nie wiadomo jak potoczyłyby się jego dalsze losy, gdyby nie wielka miłość. Kobietę, która odmieniła jego życie poznał podczas wywiadu. - Byliśmy wtedy w związkach. Dlatego nie pozwalałam sobie na myślenie o nim - tłumaczyła dziennikarka Ewa Piasecka-Maksymiuk w wywiadzie. W końcu jednak uczucie zwyciężyło. Jerzy nie dawał bowiem za wygraną i wciąż telefonował do ukochanej. - Z Rejkiawiku wydzwoniłem 21 tysięcy dolarów. Z Australii całe honorarium i musiałem dopłacić - wyliczał.

Pierwsza żona Maksymiuka w tym czasie już ciężko chorowała na Alzheimera. - Boże, co to za straszna choroba. Zaczynała nie pamiętać. Potem nie rozpoznawała czy to szklanka, czy garnek. Aż nie wiedziała, kim jestem - mówił Jerzy. Gdyby nie Ewa, nie poradziłby sobie z wyzwaniem, jakie postawił przed nim los. - Nie potrafił się odnaleźć w tej sytuacji. To ja o wszystko zadbałam. Przede wszystkim zatrudniłam panie do pomocy przy chorej. W pewnym momencie stałam się jedyną osobą, której żona Jurka ufała. Przy mnie czuła się bezpiecznie - tłumaczyła Ewa.

Irena odeszła w 2003 r. Uczucie dyrygenta i dziennikarki przetrwało do dzisiaj. Gdy się do siebie zbliżyli Jerzy, jak wynika ze słów jego wybranki, był kompletną ruiną człowieka. Dzięki wsparciu specjalistów, przestał zaglądać do kieliszka. Złagodniał też jego wybuchowy charakter, a Maestro przestał być tak bezwzględny wobec swoich muzyków. - Zniknęły uwagi: "Co za żenujący poziom! Pan nie umie grać" - cieszyła się żona dyrygenta. - Jurek ma zapewne jakiś rodzaj ADHD. Myślę, że gdyby nawet rozmawiał z królową angielską, to i tak po 20 minutach wyszedłby ze spotkania. Pracuję nad nim, ale nie jest łatwo - dodała.

Ewie udało się stworzyć ukochanemu dom, którego nigdy nie miał. Dba o męża, jest jego menadżerką, pilnuje, aby miał ciepły obiad. A on to docenia. - Jesteśmy razem dzień w dzień, minuta po minucie. Z pierwszą żoną byłem 30 lat, ale nie znalazłbym ani jednego dnia, w którym spędziłbym z nią aż tyle czasu - przyznał. I dodał: "Ewa to głos rozsądku w moim życiu. Dzwonią znajomi i mówią: "»Jurek, jak to dobrze, że jesteście razem!«"

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Maksymiuk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje