Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jan Pospieszalski przeżył dramat. 4-letni synek zmarł w tragicznych okolicznościach

Rodzinna tragedia nie złamała go, ale wzmocniła. Jan Pospieszalski (62 l.) stał się o wiele lepszym człowiekiem. Po tragicznej śmierci 4-letniego synka zbliżył się do Boga, uratował też małżeństwo.

Był czas, że uważał się za króla życia. Koncerty na całym świecie, suto zakrapiane imprezy, narkotyki i piękne kobiety. Jana Pospieszalskiego zmieniła tragiczna śmierć 4-letniego synka. Choć zawsze był wierzący, po tym dramacie przeszedł przemianę.  

Reklama

- Poczułem moc, jakiej wcześniej nie miałem. Dał mi ją Bóg - mówi dziennikarz i artysta, który dziś nie wychodzi z domu bez różańca. 

Urodził się w połowie lat 50. XX w. w Częstochowie, w bardzo muzykalnej rodzinie. Mama grała na pianinie, a ojciec Stanisław na skrzypcach. Mały Janek był trzecim z dziewięciorga dzieci w ich domu, który mieścił się na plebanii.  

- Ojciec dostał mieszkanie służbowe przy kościele św. Barbary, obok cudownego źródełka, do którego pielgrzymowali pątnicy. Moimi sąsiadami byli księża - wspomina muzyk i dziennikarz.  

Dodaje, że aby wejść do kościoła, nie musiał nawet wychodzić na dwór. Jego ojciec był diecezjalnym architektem. Zajmował się projektowaniem plebanii, ołtarzy, witraży i konfesjonałów.  

- Jako dzieciak swoje pierwsze rysuneczki bazgrałem na ojcowskich projektach witraży przedstawiających świętego Michała Archanioła albo świętego Jerzego zabijającego smoka - opowiada.  

Głęboką wiarę i przywiązanie do kościoła, podobnie jak zamiłowanie do muzyki, wyniósł więc z domu. Rodzina co wieczór odmawiała różaniec klęcząc.  - U nas tematami codziennych rozmów były tajemnice różańca, sceny biblijne, żywoty świętych - przyznaje artysta. 

W liceum plastycznym przyszły muzyk, dziennikarz i publicysta założył swój pierwszy zespół. Występował w nim razem z młodszymi braćmi. Także w szkole poznał Marię. W 1978 r. złożyli sobie przysięgę małżeńską.  

Ten związek nie był jednak udany. Zamiast zajmować się żoną, Pospieszalski wolał robić karierę. Jako muzyk Czerwonych Gitar i VooVoo wyjeżdżał na tournée m.in. po ZSRR i Europie Zachodniej. Nosił długie włosy i bardzo podobał się kobietom. Uwielbiał imprezy, na których alkohol lał się szerokim strumieniem. Chętnie sięgał też po narkotyki. Nie afiszował się ze swoją wiarą ani poglądami.  

Czerpał z życia garściami. Planował nawet rozwód. Przy żonie trzymała go tylko miłość do trojga ich wspaniałych dzieci: Franciszka, Basi i małego Antosia. Wszystko zmieniło się po tragicznym letnim wyjeździe do znajomego w 1999 r. 

To był 7 sierpnia, niezwykle upalny dzień. Cała rodzina wygrzewała się na pokładzie sześciometrowej motorówki na jeziorze Dadaj pod Biskupcem. Za sterami siedział przyjaciel rodziny, a zarazem właściciel łódki. Wśród dzieci była też jego 5-letnia córka.  

- Nie przewentylowałem silnika. Jak przyśpieszę, sam się przewentyluje - powiedział, bezmyślnie dodając gazu właściciel motorówki. To było najgorsze, co mógł zrobić. Zapaliły się opary benzyny w baku. Eksplozja rozerwała łódź, Antoś i 5-latka zginęli. 

Ta niebywale trudna chwila stała się dla artysty momentem przewartościowania życia i relacji z Bogiem.  - To było doświadczenie, które bardzo mnie do Niego zbliżyło - wyznaje. 

Pospieszalski odnalazł w sobie siłę, której wcześniej nie miał. - W doświadczeniu gigantycznego bólu doznałem jednocześnie jakiejś wielkiej mocy - opowiada. - To dzięki niej zdołał zmienić przede wszystkim samego siebie.  

Wypadek stał się początkiem radykalnej przemiany. Rzucił alkohol, narkotyki i imprezowanie. Do dziś nie wychodzi z domu bez różańca, który zawsze ma w kieszeni kurtki lub płaszcza. Drugi stale leży na szafce obok łóżka.  

- To jak lina ratunkowa dla alpinisty. Gdy jest ciężko, chwytam za różaniec. Tą modlitwą można wybłagać cuda - powtarza często.  

Tragedia na nowo połączyła go także z ukochaną żoną i scaliła ich związek. Bardzo dużo czasu poświęca także pozostałym dzieciom, które uczy grać. To, jak mówią znajomi, jego "święte godziny".  

Muzyk postanowił także znaleźć czas na inne rzeczy poza karierą. Obok pracy w telewizji zajął się m.in. prowadzeniem scholi w jednej z warszawskich parafii. Organizuje też warsztaty muzyczne, koncerty i festiwale.  

Oczywiście ból po śmierci Antosia nie ustąpi już nigdy. Jednak ta tragedia okazała się nowym początkiem dla 62-letniego dziś artysty i dziennikarza.  - Po wypadku moja wiara jest żarliwsza, żywsza, uświęcona przez krzyż i cierpienie, które niosę - deklaruje.  

Jego znajomi powtarzają, że stał się żywym dowodem na  to, że co człowieka nie złamie, to go wzmocni. On sam zaś przekonuje, że Bóg do samego końca czeka na każdego z drugą szansą.

***
Zobacz więcej materiałów:

Dowiedz się więcej na temat: Jan Pospieszalski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje