Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jagna Marczułajtis: Kumulacja nieszczęść mną wstrząsnęła!

Zahartowała ją walka o medale. Teraz mierzy się z najtrudniejszym przeciwnikiem – chorobą dwuletniego synka. Straciła ojca i ukochaną teściową. Dzięki wsparciu męża i specjalistów wychodzi na prostą…

Była taka uradowana, gdy los dwa lata temu obdarował ją ukochanym synkiem Andrzejkiem. Nic nie zapowiadało nieszczęścia. Jednak po kilku miesiącach okazało się, że chłopiec jest nieuleczalnie chory. Jagna Marczułajtis-Walczak (39 l.) każdego dnia wraz z mężem walczy o jego zdrowie. Upada i się podnosi. 

Reklama

"Zmęczona jestem tak bardzo, że oczy zamykają mi się od razu po położeniu do łóżka. Andrzejka bardzo długo się usypia, wypracowałam specjalną procedurę, żeby  w ogóle się udawało. Ciągle szukam pomocy, także w internecie" – wyznała gorzko w jednym z wywiadów. 

"Kiedy byłam sportowcem, miałam pasmo sukcesów. Teraz los to wyrównuje. Jestem w życiowym dołku” - dodała. 

Sukcesy sportowe  i trudny rozwód 

Jagna przyszła na świat 15 grudnia 1978 r. Od dziecka była niepokorna  i stawiała na swoim. 

Rodzice – Wojciech Marczułajtis, instruktor narciarski, i mama Ludwika, zwana Luśką, wielokrotna mistrzyni Polski w narciarstwie alpejskim – założyli jej deski, gdy miała zaledwie dwa latka. W rodzinie żartowano, że na nich uczyła się chodzić. 

 "W pierwszej klasie podstawówki startowałam w zawodach. Twarda skóra mi się wyrobiła. Lubiłam się ścigać między tyczkami, rywalizować, ale treningów nie znosiłam. Nie chciało mi się rano wstawać. Zahartowałam się" – opowiadała. 

Jej nieugięty charakter dał o sobie znać, gdy miała 16 lat. Wtedy to wbrew woli rodziców zamieniła narty na deskę snowboardową. Zanim jednak odważyła się im o tym powiedzieć, wychodziła z domu z nartami, a deskę ukrywała w szkole. W końcu jednak się przyznała. Nie zmieniła zdania nawet wówczas, gdy jej mama podniosła larum, że zdradziła tradycję rodzinną. Pasję córki zaakceptowała dopiero, gdy Jagna w 1995 r. zdobyła tytuł mistrza świata juniorów w snowboardzie.  

"To ja się zaparłam, że narty albo nic, a jak postawiła na swoim, to powiedziałam, że nie będę sponsorować tej fanaberii. Nie miałam racji" – przyznała Ludwika Marczułajtis.  

Gdy snowboardzistka skończyła 17 lat, zakochała się w chłopaku, którego nie akceptowali jej rodzice. 

 "Wyprowadziłam się z domu" – zdradziła. 

Jednak jej związek nie przetrwał próby czasu. Nieszczęśliwa okazała się też jej kolejna miłość. Zaczęło się jak w bajce – poznali się rok przed igrzyskami w Salt Lake City, a w 2002 r. w samolocie lecącym na zimową imprezę usiedli już obok siebie. 

"Patrząc na Jagnę i widząc, jak błyszczą jej oczy, nie miałem wątpliwości, że w tej pięknej góralce jest coś wyjątkowego" – zachwycał się łyżwiarz Sebastian Kolasiński (42), wspominając tamto spotkanie. 

Ich miłość rozkwitła w wiosce olimpijskiej. Do Polski wracali już jako zakochani. 

"Sebastian sprawia, że jestem łagodna i uśmiechnięta – cieszyła się Jagna. W czerwcu 2002 r.   w Łodzi, rodzinnym mieście pana młodego, wzięli ślub cywilny, a we wrześniu – kościelny w Zakopanem. 

Na ich weselu bawiło się pięćset osób. 

"Jak będziesz złym mężem, to Jagna ci nie popuści" – ostrzegała zięcia teściowa Ludwika.  

Ale, jak się później okazało, Sebastian jej nie posłuchał. Zanim wszyscy się o tym przekonali, w grudniu 2002 r. na świat przyszła wymarzona córeczka Jagoda. We trójkę zamieszkali w Krakowie. Ale wtedy wszystko zaczęło się psuć... Sebastian miał zarabiać na rodzinę. 

"Mąż nie umiał sobie z tym poradzić – tłumaczyła rozżalona Marczułajtis. Nie tak wyobrażała sobie przyszłość u boku Sebastiana... Sielanka się skończyła, ich wspólne życie zamieniało się w koszmar. 

"Miał żal, że kupiłam mieszkanie w Krakowie i chcę mieszkać tam, a nie w Łodzi z jego ukochaną mamusią" – zdradziła Jagna. 

"Wieczorami wychodził. Wracał nad ranem pijany" – opowiadała. 

Mimo wszystko starała się ratować swoje małżeństwo. 

"Długo mu wybaczałam, nawet zdrady" – wyjawiła. 

Najgorsze jednak dopiero miało nadejść. Z mężem żyła już w separacji, gdy w 2005 r. wyjechała na zawody do Hiszpanii. Opiekę nad Jagódką powierzyła swojej mamie. Wtedy Sebastian zjawił się w Poroninie i na oczach przerażonej babci zabrał roczną córkę ze sobą do Łodzi. Gdy tylko Jagna się o tym dowiedziała, wsiadła w pierwszy samolot do Polski i pojechała do mieszkania teściowej. Kiedy chciała z córką opuścić mieszkanie, rozegrał się dramat. 

"Teściowa rzuciła się na mnie. Szarpała mnie. Mąż wykręcił mi rękę. Uciekłam do drugiego pokoju i wezwałam policję" – relacjonowała zdruzgotana. 

Po rozwodzie sąd opiekę nad córeczką powierzył Jagnie. Dopiero po latach relacje małżonków unormowały się na tyle, że mogą ze sobą rozmawiać bez wrogości. Nieudane małżeństwo nie wyleczyło Jagny z poszukiwania prawdziwej miłości. Przedsiębiorca Andrzej Walczak mieszkał po sąsiedzku w jej bloku. Kiedyś zatrzasnęła drzwi od samochodu, a w środku były kluczyki i córka. 

"Wtedy pojawił się mój obecny mąż, zadzwonił po ślusarza i nas uratował" – opowiadała. 

Po jakimś czasie zakochali się w sobie i pobrali, a w 2008 r. powitali na świecie córeczkę Igę. Wiedli szczęśliwe życie. Jagna zaangażowała się w politykę, została posłanką. 

Była przewodniczącą Komitetu Konkursowego Kraków 2022 zajmującego się przygotowaniem kandydatury województwa małopolskiego do zorganizowania Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. 

Ustąpiła ze stanowiska w 2014 r., gdy jej mąż w rozmowie z dziennikarzem miał oferować wynagrodzenie za przychylne teksty o kandydaturze Krakowa. Prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa z udziałem Walczaka, ale niesmak pozostał. 

Musiała skorzystać z fachowej terapii 

Jagna skupiła się na rodzinie. Urodziła upragnionego synka Andrzejka. Jednak matczyna intuicja podpowiadała jej, że coś mu dolega.

"Kokos, jak mówimy na Andrzeja, leciał przez ręce. Zaczęłam szukać informacji, chodzić po neurologach" – wspominała. 

Wtedy przyszedł straszny cios – po badaniu rezonansem magnetycznym lekarze postawili diagnozę" – wada migracji kory mózgowej (pachygyria). 

"Zatrzymał się w rozwoju fizycznym na poziomie piątego miesiąca. Nie ma leku na tę chorobę, możemy tylko liczyć na efekty codziennej rehabilitacji" – gorzko wyznała Jagna. 

Bardzo cierpiała, tym bardziej że zmagała się też z własnymi problemami zdrowotnymi, chorobą Hashimoto. W końcu nie dała rady. 

"Dla mnie to wszystko jest świeże, mam rozdrapaną ranę. Przeżyłam depresję, przez pół roku było mi bardzo ciężko psychicznie to wszystko wytrzymać" – zdradziła. 

Musiała skorzystać z porad psychologa. 

"Życie z niepełnosprawnym dzieckiem to nie jest normalne życie. To jest wyzwanie i trzeba się wszystkiego nauczyć, zaakceptować chorobę, oswoić z nią siebie i innych członków rodziny" – mówi. 

Każdego dnia Jagna mierzy się z przeciwnościami losu. Odszedł jej tata, później teściowa, z którą była bardzo zżyta. Po 11 latach straciła szkołę narciarstwa i snowboardu w Witowie. Nie przedłużono jej umowy.

"Nastąpiła jakaś kumulacja nieszczęść, która mną wstrząsnęłą" – przyznaje. 

Stara się jednak powoli oswajać z tą trudną sytuacją. 

"Przez pierwszy rok byłam zdruzgotana, nie mogłam się pogodzić z losem, dzisiaj jestem w innym miejscu. Zaczynam cieszyć się życiem, synem, każdym jego małym postępem. Andrzejek uwielbia basen, wodę, kocha się kąpać. Ma niecałe dwa lata, a sam leży na wodzie, utrzymuje się. To są takie małe sukcesy, nasze radości" – mówi. 

"Bóg rozdaje karty, wie, co robi. Tak musiało być, biorę to wszystko na siebie" - dodaje. 

***

Dowiedz się więcej na temat: Jagna Marczułajtis-Walczak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje