12 stycznia 2019 roku ksiądz Andrzej Luter poinformował na Facebooku o śmierci legendarnej dziennikarki telewizyjnej Ireny Dziedzic. Jak się okazało, 93-letnia gwiazda telewizji zmarła dwa miesiące wcześniej, jednak pogrzeb opóźnił się, bo nie miał kto go zorganizować. W tym czasie prokuratura szukała po świecie krewnych dziennikarki. Dopiero kiedy potwierdzono, że zmarła nie miała żadnych żyjących krewnych, zezwolono na zorganizowanie pochówku siostrom zakonnym z Lasek, które z dziennikarką umówiły się w tej sprawie jeszcze za jej życia.
Irena Dziedzic, dziennikarka i prezenterka telewizyjna urodzona 20 czerwca 1925 roku w Kołomyi, była uważana za największą gwiazdę telewizji czasów socjalizmu. Po skromnych początkach w „Echu Krakowa”, „Słowie Polskim”, „Głosie Ludu” i „Expressie Wieczornym” doszła do wniosku, że przyszłość dziennikarstwa leży w telewizji. W TVP prowadziła „Tele –Echo”, pierwszy polski talk show, emitowany od 26 marca 1956 do końca marca 1981 roku. Kolejnym programem, który oglądała cała Polska były „Wywiady Ireny Dziedzic”.
Sukcesy zawodowe nie szły w parze z prywatnymi. W trakcie małżeństwa z Januszem Bałabanem zakochała się w koledzy z pracy, Janie Suzinie. Niestety, kiedy już zamieszkali razem, Dziedzic odkryła, że ukochany zdradza ją z Alicją Pawlicką. Kolejnym mężczyzną, dla którego straciła głowę był wybitny aktor, Ignacy Gogolewski, wówczas mąż Katarzyny Łaniewskiej. Prywatnie on i Dziedzic byli sąsiadami, więc, jak potem wspominała dziennikarka, po prostu przeprowadził się z piątego piętra na pierwsze. Ich związek trwał 2 lata, aż Gogolewski pod nieobecność Dziedzic, wyprowadził się z jej mieszkania.
Ostatnie lata Ireny Dziedzic
Schyłek życia Irena Dziedzic spędziła samotnie w swoim mieszkaniu na Saskiej Kępie, tocząc boje prawne o odzyskanie reputacji po tym, gdy w 2010 roku została oskarżona o współpracę z SB i kłamstwo lustracyjne. Udało jej się oczyścić z zarzutów, jednak codzienne problemy narastały. Dziedzic, która otrzymywała 900 złotych emerytury, nie chciała rezygnować z życia ponad stan, do którego przywykła w czasach, gdy była gwiazdą. Uważała, że jest zbyt sławna na to, by płacić za czynsz czy prąd. Jak wspominają jej znajomi, cytowani przez portal Świat Gwiazd:
Pożyczała pieniądze od masy ludzi, ale nikomu nie oddawała. (...) Pamiętam, że musiała aż trzy przystanki jechać, żeby kupić pół chleba. Bo we wszystkich sklepach, kioskach i aptekach już wiedzieli, że nie płaci. Mieszkanie było brudne, zarobaczone, panował fetor, nie było ani jednej rzeczy nadającej się do ubrania. Naczynia były brudne, kuchenka gazowa uległa rozszczelnieniu i ulatniał się gaz.
W końcu długi Dziedzic urosły tak bardzo, że wkroczył komornik z zadaniem zlicytowania mieszkania należącego do dziennikarki. Udało się je uratować dzięki podpisaniu tak zwanej odwróconej hipoteki. Polega ona na tym, że senior będący właścicielem mieszkania, które zajmuje, zrzeka się go na rzecz obcej osoby lub firmy w zamian za dożywotnią rentę i prawo użytkowania do końca życia mieszkania, które już formalnie nie jest jego własnością.
Jak ustaliła prokuratura, Irena Dziedzic podpisała umowę z mężczyzną., który w zamian za prawo własności do mieszkania na Saskiej Kępie, gdzie metr kwadratowy kosztował wtedy ok. 10 tysięcy złotych, wypłacał dziennikarce 4,5 tysiąca złotych miesięcznej renty. Dodatkowo spłacił jej długi wynoszące w sumie 700 tys. złotych. Prokuratura postanowiła przyjrzeć się bliżej tej umowie. Jak wyjaśniał wtedy pracownik prokuratury:
Postępowanie nadal prowadzone jest w kierunku czynu polegającego na nieumyślnym spowodowaniu śmierci pani Dziedzic. Postępowanie prowadzone jest również w kierunku ewentualnych przestępstw przeciwko mieniu na szkodę wyżej wymienionej. Chodzi między innymi o zawarcie niekorzystnych umów cywilnoprawnych.
Jednocześnie śledczy badali, czy nie doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci dziennikarki. Jak ujawnił wtedy Marcin Saduś, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Marcin Saduś, udało się to wykluczyć:
W toku śledztwa zlecono sekcję zwłok, która wykazała cechy niewydolności krążeniowo-oddechowej oraz zmiany chorobowe u pokrzywdzonej. Z uzyskanej opinii z badań toksykologicznych wynika, ze pokrzywdzona zażywała określone leki, jednak w celach medycznych i ilościach zalecanych przez lekarzy. Stężenia substancji we krwi nie miały wpływu na mechanizm śmierci pokrzywdzonej. Jednocześnie na tę chwilę nie ma podstaw do przyjęcia, że do jej śmierci przyczyniły się osoby trzecie.
Jak potem ujawnił magazyn „Viva”, stan Ireny Dziedzic uległ dramatycznemu pogorszeniu po złamaniu nogi w lipcu 2018 roku, po którym już nie odzyskała sprawności. Coraz częściej przewracała się we własnym mieszkaniu, jednak do szpitala trafiła dopiero, gdy na ratunek było już za późno. Zmarła dzień później. Prokuratura przez 2 miesiące bezskutecznie szukała jakichkolwiek krewnych dziennikarki, podczas gdy jej ciało leżało w kostnicy. Ostatecznie pogrzebem zajął się mężczyzna, z którym Dziedzic podpisała odwróconą hipotekę, w porozumieniu z zakonnicami z Lasek, które dziennikarka jeszcze za życia prosiła o tę przysługę.
Zobacz też:
Anna Lewandowska odsłania brzuch w letniej stylizacji. Co za figura!




***








