Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Hanka Bielicka: Jaka była naprawdę?

Przez dziesięciolecia skrywała się za kolorowymi kapeluszami i scenicznym wizerunkiem. Dopiero po latach wyjawiła prawdę o sobie.

Umiała się odgryźć. Kiedy pisarka Magdalena Samozwaniec oznajmiła, że Hanka Bielicka jest jak zepsute radio, nastawione na maksymalną fonię, którego nie można wyłączyć ani ściszyć, aktorka nie puściła tego płazem. "Szczerze mówiąc, pani Madzia sama darła się wniebogłosy, kłócąc się z innymi babami o jakiś nędzny sweterek z importu" - stwierdziła.

Reklama

Aktorka przez wiele dziesięcioleci skutecznie skrywała się za kolorowymi kapeluszami i scenicznym wizerunkiem Dziuni Pietrusińskiej, trajkoczącej jak karabin maszynowy. Potrafiła połączyć otwartość wobec dziennikarzy, z którymi chętnie rozmawiała, z rygorystyczną ochroną swojej prywatności. Pytania o życie osobiste zbywała żartem, zresztą nieczęsto pozwalała rozmówcom dojść do słowa. Zwykle słuchali kolejnego monologu, do którego musieli tylko dorobić pytania.

O czym nie chciała mówić? O tym, co ją bolało: artystycznych i osobistych rozczarowaniach. Na zewnątrz dziarska i optymistyczna, w istocie miała dwie twarze. Uważała, że przez całe życie los jedną ręką jej dawał, a drugą odbierał.

Przeżyła szczęśliwe dzieciństwo. Uprawiała ukochany zawód, miała tłumy wielbicieli. Jeżdżąc ze swoimi monologami Pietrusińskiej zwiedziła świat. Poślubiła amanta jak z Hollywood. Ale klęsk i porażek też nie brakowało. Przedwcześnie straciła ukochanego ojca. Rodzinny dom zniszczyła bomba. Matka i siostra po 8 latach zsyłki wróciły do kraju spod Czelabińska na pół żywe. Marzyła o innych rolach i innym aktorstwie, niż uprawiała. A jej małżeństwo z Jerzym Duszyńskim się rozpadło.

Przyszła na świat w 1915 r. w czasie wojennej tułaczki rodziców, którzy byli ewakuowani aż pod Połtawę na wschodzie Ukrainy. Potem udało im się wrócić do Łomży. "Jestem z bardzo przeciętnej rodziny mieszczańskiej - mówiła. - Ojciec był dyrektorem banku komunalnego, matka córką kupca, a babcia, po mężu, właścicielką kamienicy. Nie przelewało się, ale jak miałam trzy latka, przychodziła do mnie nauczycielka od francuskiego i angielskiego".

Sentymentowi do Łomży była wierna do końca życia. Co miesiąc spory przekaz od aktorki trafiał na konto tamtejszego domu dziecka. Nigdy, nawet chora i zmęczona, nie odmawiała, gdy zapraszano ją na spotkania do miasta, które nazywała swoim rodzinnym.

Gdy przyszło do wyboru studiów, miała kłopot. Marzyła o aktorstwie, ale pociągała ją też romanistyka. W efekcie studiowała na dwóch uczelniach. W szkole teatralnej dość brutalnie zderzyła się z rzeczywistością. Chciała grać piękne romantyczne bohaterki. Profesor Aleksander Zelwerowicz odarł ją ze złudzeń. "Już w szkole uświadomił mi, że będę aktorką charakterystyczną - wspominała.

- Wybijał mi z głowy myśl o operacji plastycznej nosa. »Na to, żeby była pani aktorką, pani Bielicka, musi pani jeszcze popracować, ale ten nos już dziś wart jest miliony. Takiego kinola ze świecą szukać«. Dał mi popalić. Przejęta do granic, recytowałam jakiś tragiczny monolog, gdy nagle ryknął: »Zabierzcie tego krokodyla ze sceny, bo umrę ze śmiechu!«. A potem mnie dobił: »Gdyby przyszło pani do głowy grać Ofelię, to radzę już w pierwszym akcie iść do zakonu, bo inaczej widzowie skonają ze śmiechu«".

Tuż przed wojną dostała ogromne na tamte czasy stypendium (3 tys. zł) i możliwość wyjazdu do Francji na pisanie pracy magisterskiej. Wybrała teatr. Skorzystała z grupą przyjaciół z zaproszenia dyrektora teatru w Wilnie. Pewnie dzięki temu nie trafiła z bliskimi na zsyłkę, gdy Łomża została zajęta przez Sowietów jako część... zachodniej Białorusi.

Rodzina była precyzyjnie wytypowana. "Jak przyszło NKWD po tatkę, to wyjęli sobie karteczkę i pytają: »W 1920 był komendantem na moście pod Łomżą, na Narwi? Był? No to z nami«. Tak mieli wszystko rozpracowane" - mówiła aktorka.

Zadebiutowała w 1939 r. w Teatrze na Pohulance w Wilnie. Potem, gdy Wilno przyłączono do Litwy, miała jeszcze kilka ról w komediach i farsach. Sytuacja Polaków zmieniła się po wcieleniu Litwy do ZSRR. "Było nas czworo. Irena Brzezińska, Danusia Szaflarska, Jurek i ja - wspominała Hanka Bielicka. - Znaleźliśmy zakwaterowanie u jednej pani, która bała się być sama w trzypokojowym mieszkaniu. Danka mówi: »To ja z Ireną, a ty z Jurkiem«. »Ja?! Z mężczyzną w pokoju, do tego w jednym łóżku?! Co wyście, zgłupiały?! Bez ślubu ani rusz!«. One myślały, że my już jesteśmy kochankami. A my tylko po sercu".

Ślub wzięli 1 lipca 1940 r. w kościele św. Ignacego. Potem było weselne śniadanie u Hanki Ordonówny i Michała Tyszkiewicza, na krótko przed jego aresztowaniem." Każdy przyniósł jedno jajko, ogórek, kawałek chleba, kiełbasy - wspominała Hanka Bielicka. - Siedzieliśmy we troje na jednym taborecie, bo już nie było krzeseł".

Małżonkowie przebiedowali okupację sowiecką, potem niemiecką, a gdy Rosjanie kolejny raz zajęli Wilno, z zespołem Polskiego Teatru Dramatycznego wyjechali do Białegostoku. Grali w Łodzi, Krakowie, Warszawie. Na pewien czas Hanka Bielicka została "żoną swojego męża".

Po filmach "Zakazane piosenki" i "Skarb" Jerzy Duszyński stał się pierwszym amantem powojennego kina. Nie mógł spokojnie wyjść na spacer z żoną, bo obce kobiety zaczepiały Hankę Bielicką i żądały, by dała spokój Duszyńskiemu, gdyż on tak naprawdę kocha Danutę Szaflarską (z którą grał w "Skarbie"). Inne korespondencyjnie nakłaniały Bielicką do rozwodu, bo nie jest odpowiednią partnerką dla amanta.

Znosiła to dosyć (jak na swój temperament) spokojnie. Przez palce patrzyła też na romanse i flirty męża. Mówiła, że skoro ma takie potrzeby erotyczne, a "baby nie dają mu spokoju", to trzeba się z tym pogodzić. Sama obwiniała się o chłód "w tych sprawach". Rozwiedli się po 20 latach, ale pozostali przyjaciółmi. "We mnie się ten związek wykruszył - mówiła aktorka. - Nie umiem odpowiedzieć, dlaczego tak się stało. Przez ponad 20 lat tylko wpadałam do domu i wychodziłam. Gdzieś mi uciekła miłość po drodze".

Długo czas był dla niej łaskawy. Na scenie tryskała energią. Tylko w domu było inaczej. "Im dalej się posuwam w bawieniu ludzi, tym bardziej jestem zamknięta i osamotniona z wyboru. Szczęśliwa, gdy się wszystkie drzwi zamykają i tylko ptaki ćwierkają za oknem. Prywatnie nigdy nie opowiadałam dowcipów. Nie chodzę na przyjęcia. Nie cierpię komplementów" - mówiła.

Ostatni raz pojawiła się w programie Szymona Majewskiego 6 marca 2006 r. Żartowała, ale powiedziała mu po cichu, że to jej pożegnanie. Trzy dni później trafiła do szpitala z tętniakiem aorty. Lekarze byli bezradni. Zmarła 9 marca 2006 roku, dzień później Sejm uczcił minutą ciszy pamięć artystki.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:



Dowiedz się więcej na temat: Hanka Bielicka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje